Według rosyjskiego propagandysty, dwaj Ukraińcy mieli zostać skazani na śmierć 9 lipca na terenie Donieckiej Republiki Ludowej. Separatystyczna republika zniosła moratorium na jej
Wykorzystuje on 'wiedzę tajemną' w sposób bardzo mechaniczny. Stąd "Martyrs. Skazani na strach" może być raczej inspiracją do poszukiwania odpowiedzi na pytania o sens cierpienia i śmierci, lecz sam w sobie nie jest żadnym objawieniem. Prawdziwa siła filmu kryje się w jego wartości jako kina rozrywkowego, choć jest to zdecydowanie
Subskrybuj kanał: https://www.youtube.com/user/FOXPolska?sub_confirmation=1Bohaterem komediowego serialu animowanego jest dostawca pizzy Fry, który przypadko
Tłumaczenie hasła "skazany na śmierć" na angielski. Będzie aresztowany za herezję i skazany na śmierć. He will be arrested for heresy and sentenced to death. Na podstawie wszystkich dowodów został skazany na śmierć. On the basis of all the evidence against him he has been sentenced to death. Za ten czyn został skazany na śmierć.
Corpus ID: 160360414 "Te pokolenia żałobami czarne Skazani na śmierć i ich sędziowie", Maria Turlejska, Warszawa 1990 : [recenzja] / R. K.
2005. 1. Pilot 1x1. 7,5. Lincoln Burrows ( Dominic Purcell) trafia do więzienia stanowego Fox River. Główny bohater zostaje skazany na śmierć, został wrobiony w morderstwo brata wiceprezydent. Trzy tygodnie przed egzekucją, Michael Scofield ( Wentworth Miller ), inżynier budowlany, brat Lincolna, próbuje obrabować bank, aby trafić do
HomsA94. 10 lat temu w polskich więzieniach przebywało 23 skazanych na karę śmierci, którym zmieniono ją na 25 lat pozbawienia wolności albo dożywocie. Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w kwietniu 2008 r. Ostatni raz karę śmierci wykonano w Polsce 20 lat temu. Jan K. miał być następny. Kilka dni przed powieszeniem państwo darowało mu życie. Czy warto było? Sławek K. obudził się dopiero o rano z błogą świadomością, że właśnie zaczęły się dwa miesiące wakacji. Po śniadaniu matka zabrała go na bazar i kupiła mu spodnie. Najnowszy krzyk mody – wycieruchy i to za prawie 5 tys. zł – był 1984 r. Wyraźnie miała dobry humor. Wieczorem wybierała się na imieniny do swojego ojca. Na obiad były grzyby. To też było miłe, bo Sławek lubił grzyby. A po południu wyszedł z kolegami na miasto wiedząc, że może sobie pozwolić na wypicie wina, bo zanim matka wróci spod Opatowa, on już będzie spał. Do domu ściągnął go głód. Na zegarze była już Zdziwiło go, że ojciec zamknął się od środka i zostawił klucz w drzwiach, ale jakoś o to nie zapytał. Przeszedł prosto do kuchni. Chciał zrobić sobie kanapkę, ale nie mógł znaleźć noża do krojenia chleba. Ojciec kazał mu sprawdzić w łazience i rzeczywiście tam był. Leżał na muszli klozetowej. Wrócił do kuchni i zrobił sobie kanapki. Jadł i razem z ojcem oglądali telewizję. Obydwaj czekali na sobotnie kino nocne. Miał być jakiś horror. Sławek nie wiedział jeszcze, że prawdziwy horror rozegrał się kilka godzin wcześniej w ich mieszkaniu. Sufit jak niebo W czasie odczytywania przed sądem zeznań Jana K. nie wszyscy wytrzymali opis zbrodni i część osób musiała opuścić salę. Siostra Jana K. Zofia została. Ale nawet teraz, po 24 latach wspomina, że zbierało się jej na wymioty. „Nie umiem wytłumaczyć, jak doszło do tego, że podjąłem zamiar pokawałkowania żony. Najpierw żonę rozebrałem, ale żeby było szybciej, rozcinałem ubranie nożem. Tak jak pamiętam dziś, to wydaje mi się, że najpierw odciąłem żonie prawą rękę w stawie barkowym. Po odcięciu prawej ręki, pociąłem tę rękę najpierw w stawach. Używałem do tego noża, który przyniosłem z kuchni. Rękę kawałkowałem nad wanną. Od ręki oddzielałem tkankę i wrzucałem po kawałku do muszli, i spłukiwałem wodą. Kości z prawej ręki nadcinałem brzeszczotem i uderzałem potem młotkiem, i drobne kawałki kości wrzucałem także do muszli i spłukiwałem. Przy spłukiwaniu miałem kłopot tylko z kośćmi, które pływały i musiałem je popychać ręką”. Zarówno podczas zabijania żony, jak i ćwiartowania w domu obecna była kilkunastoletnia córka Barbara. Dziewczynka była mocno upośledzona, ale nie na tyle, by nie zauważyć, co się dzieje. Ojciec, żeby ją uspokoić, włączył jej adapter w małym pokoju. O ile K. nie wypierał się poćwiartowania żony, to według jego wersji zginęła ona nie od ciosów młotkiem, tylko uderzenia głową o framugę drzwi, na którą pchnął ją „w nerwach”. Ale jego wersji nie dało się sprawdzić, bo głowy nigdy nie odnaleziono, a K. nie chciał zdradzić, co tak naprawdę się z nią stało. Milicja poświęciła tej sprawie sporo czasu i swoich najlepszych ludzi. Śledztwo prowadził major Antoni Dzięcioł. Człowiek, który dostawał najtrudniejsze przypadki w województwie. Dzięcioł postawił sobie za punkt honoru, że K. będzie kolejny na długiej liście morderców, których wysłał na stryczek. Przesłuchano ponad 75 świadków. Przeszukano wszystkie studzienki kanalizacyjne w okolicy ulicy Nowotki, gdzie dokonana została zbrodnia. Pomimo upływu czasu odnaleziono 48 kawałków ludzkiej tkanki miękkiej o łącznej wadze 7,7 kg. We fragmencie jelita znaleziono niestrawione jeszcze grzyby. O skazaniu K. na karę śmierci przesądziły trzy okoliczności. Zaraz po zatrzymaniu milicja znalazła u niego 500 dol. należących do żony. Prokurator przyjął więc, że zbrodnia miała również charakter rabunkowy. W toku śledztwa okazało się, że już 27 czerwca, czyli na cztery dni przed zabójstwem, K. kazał przynieść synowi z piwnicy młotek i brzeszczot. Najbardziej obciążało go jednak okrucieństwo czynu. Pomimo że przez ostatnie pięć lat pracował jako górnik, nie udało mu się zabić żony pierwszym ciosem. Była od niego 10 cm wyższa, bardzo chciała żyć. Udało się jej nawet wyrwać klamkę i uciec na korytarz, ale zaciągnął ją do środka. Na jej krzyki nie zareagował żaden z mieszkańców o 10-piętrowego bloku. Na potrzeby śledztwa milicja spryskała mieszkanie substancją wchodzącą w reakcję świetlną z krwią. Ściany rozbłysły dziesiątkiem malutkich plamek. Sufit w przedpokoju wyglądał podobno jak niebo. 30 października 1986 r. po 14 rozprawach przed Sądem Wojewódzkim w Kielcach Jan K., syn Stanisława i Janiny, pochodzenia społecznego chłopskiego, o przynależności społecznej robotniczej, skazany został na karę śmierci i pozbawienie praw publicznych na zawsze. Według siostry K., jej brat po ogłoszeniu wyroku rozpłakał się i wyraźnie żałował swego czynu. Według sędziego Adama Kabzińskiego, który zasiadał w składzie sędziowskim, K. jedynie spuścił głowę i posmutniał. A według majora Dzięcioła widać było, że był zły i to zło patrzyło mu z oczu. Deratyzacja Karę śmierci wykonywano w sześciu zakładach na terenie całej Polski. Najbliżej Kielc – w krakowskim więzieniu przy ulicy Montelupich. Skazani na KS przewożeni byli do więzienia, w którym miał być wykonany wyrok. Dla takich jak oni na Montelupich mieli sześć cel. Od pozostałej części korytarza oddzielała je wysoka ściana z blachy. Więźniowie nie mówili na to inaczej niż getto, bo wszyscy wiedzieli, że stamtąd szło się tylko na śmierć. No, i jak w getcie jedni skazani pilnowali drugich, bo w celi śmierci z reguły nie siedziało się samemu. Wstawiani do takiej celi więźniowie tak naprawdę byli wtykami klawiszy i mieli za wszelką cenę nie dopuścić do tego, żeby skazany sam wymierzył sobie sprawiedliwość albo się okaleczył. Na chorym skazańcu nie można było wykonać wyroku. A to bardzo komplikowało sytuację. Tak było w przypadku Waldemara Mąki, który włożył sobie szkło pod powieki i mrugał oczyma tak długo, że Edyp wyglądał przy nim jak amator. Egzekucję Mąki odsunięto w czasie. A ostatecznie nigdy jej nie wykonano. K. trafił na Montelupich 3 maja 1987 r. Dla służby więziennej był to trudny okres, bo w 1985 r. wydano 17, a rok później 13 kaesów i w zakładach mieli spiętrzenie ludzi do zabicia, a to jednak było czasochłonne. K. miał dobrą opinię z kieleckiego aresztu, więc zamiast w getcie na swoją kolejkę na szubienicę czekał w zwykłej celi numer 148. Edmund Leś, który był jego wychowawcą, wspomina go pozytywnie. Nie sprawiał żadnych kłopotów. Sumiennie wykonywał polecenia. W celi unikał konfliktów. Zresztą unikali ich i współwięźniowie, bo szybko się dowiedzieli, za co siedzi ten cichy, drobny facet. Procedura zabijania od lat była taka sama. Kat wraz z pomocnikiem zatrudniani byli centralnie, więc na egzekucję przyjeżdżali z Warszawy. O terminie wiedziało zaledwie parę zaprzysiężonych osób. Żeby tego kręgu nie powiększać, większość pracowników tego dnia wcześniej zwalniano do domu. Pretekstem z reguły była deratyzacja. Rano ogłaszano komunikat, że w związku z odszczurzaniem kuchni posiłki tego dnia będą wydawane wcześniej. Jaskółką śmierci była zwiększona częstotliwość wyjść z celi na kilka dni przed egzekucją. Chodziło o to, żeby osłabić czujność skazańca przed ostatnim spacerem. Ale więźniowie do końca mogli się łudzić, że to jeszcze nie ten moment, bo cela straceń była dokładnie naprzeciwko łaźni, do której co tydzień prowadzono wszystkich skazanych. I co tydzień wszyscy wracali. Zresztą w Polsce coraz głośniej mówiło się o zaprzestaniu wykonywania kary śmierci. Państwo po 40 latach komunizmu słabło w oczach. I coraz częściej zdarzały się przypadki zamiany przez Radę Państwa kary śmierci na 25 lat więzienia, bo zabijanie, nawet morderców, nie pasowało do komunizmu z ludzką twarzą, który powszechnie wówczas lansowano. Sporą presję na Polskę wywierała też Europa Zachodnia. 28 kwietnia 1983 r. w Strasburgu spisano szósty protokół do europejskiej Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności zakazujący wykonywania kary śmierci w czasie pokoju. Polska ratyfikowała tę część Konwencji dopiero w 2000 r. Ale protokół miał duży wpływ na fakt, że ostatni skazaniec w Polsce zawisł na szubienicy dokładnie 21 kwietnia 1988 r. Wątpliwa sława stała się udziałem Andrzeja Cz., 28-letniego gwałciciela i mordercy. O wyprowadzono go z celi. On i prowadzący go strażnicy zeszli do podpiwniczonej części więzienia, gdzie mieściły się warsztaty, łaźnia i cela straceń. Po zwiększonej eskorcie Cz. musiał się domyśleć, dokąd go prowadzą. W wąskim, nie większym niż dwa metry przedsionku czekał już naczelnik więzienia, prokurator, ksiądz i lekarz. Kat wraz z pomocnikiem czekali w pomieszczeniu obok. Na małym stoliku leżała kartka papieru, długopis, popielniczka, szklanka wody, paczka papierosów i zapałki. To były jedyne przedmioty, za pomocą których mógł spełnić swoją ostatnią wolę. Lekarz, który uczestniczył w trzech egzekucjach, do dziś wspomina nienaturalne drżenie skazanych, problemy z mową i rozbiegane oczy jak u zaszczutego zwierzęcia. Większość morderców miała problemy z utrzymaniem zapalonego papierosa, choć na czas palenia zdejmowano im kajdanki. W takim stanie o napisaniu listu raczej nie było mowy. Niektórzy korzystali z przywileju rozmowy z księdzem. Według prasowych wspomnień klawiszy – część z potrzeby serca, inni, żeby pożyć choć o pół godziny dłużej. Potem z drugiego pomieszczenia wychodził kat i na oczy skazańca zakładał czarną przepaskę. Samodzielnie albo niesiony pod pachy wprowadzany był do drugiego pomieszczenia, w którym oprócz lampy, zwisającego z sufitu haka z linką i zapadni o wymiarach 70 na 70 cm nie było nic więcej. W więziennym żargonie mówiło się na ten pokój termos, bo w środku miał dodatkowe ścianki, które miały tłumić wszelkie odgłosy. Po zamknięciu drzwi kat uruchamiał mechanizm zapadni. Szarpane konwulsjami ciało obserwował z drugiego pomieszczenia przez szybkę z pleksiglasu. Po 20 minutach na sznurze lekarz musiał stwierdzić zgon, a kat wraz z pomocnikiem zdjąć powieszonego, czyli w żargonie więziennym wyhuśtanego. Pomimo że w chwili śmierci puszczają wszystkie zwieracze, skazany chowany był w więziennym drelichu, który miał na sobie podczas egzekucji. Po włożeniu ciała do trumny kat wrzucał do niej białe stylonowe rękawiczki, których używał podczas pracy. Pogrzeb bez rodziny odbywał się jeszcze tego samego dnia. Jan K. miał przejść dokładnie ten sam rytuał. Jego wyrok miał być wykonany krótko po zgładzeniu Andrzeja Cz. Jednak 16 marca 1988 r. Rada Państwa skorzystała z prawa łaski i zamieniła mu karę śmierci na 25 lat więzienia i pozbawienie praw publicznych na 10 lat. Jeszcze trzy miesiące temu w więzieniu przy Montelupich można było podziwiać zapadnię i ślad po haku. W styczniu skończył się jednak generalny remont pomieszczenia, w którym wykonywano karę śmierci, i teraz trudno się domyśleć, do czego kiedyś służyło. Obecnie przechowywane są tam chemikalia i substancje niebezpieczne. Jak zauważył jeden z pracowników więzienia, w sumie zachowało swoje pierwotne przeznaczenie. Resocjalizacja Jana K. odbywała się w błyskawicznym tempie. Na początku 1988 r. państwo było o włos od uśmiercenia go. A 4 lata później wypuszczono go na pierwszą przepustkę. W ciągu zaledwie roku i trzech miesięcy dostał ich w sumie 13. Przez niemal cały okres wykonywania kary pracował, co w tamtych czasach było największą nagrodą dla skazanego. Na początku w kuchni. A później w magazynie. Tam przyłapano go na kradzieży i było to jedyne przewinienie, jakiego – według akt – dopuścił się w więzieniu. Ostatnie kilka lat odsiedział w zakładzie w Trzebini, który na tle innych więzień może uchodzić za kurort. Na początku wzbudzał duże zainteresowanie, bo w historii zakładu nie mieli jeszcze nikogo z KS. Ale szybko okazało się, że jak na takiego brutalnego mordercę, to Jan K. jest raczej nieciekawy. Nie dawał się namówić na opowieści, jak to jest spuścić 60-kilogramową kobietę w muszli klozetowej. W sumie to w ogóle nie dawał namówić się na żadne opowieści. Janusz Nowak, jego wychowawca z zakładu w Trzebini, wspomina, że K. trzymał się na uboczu. Daleki od serdeczności, ale też pozbawiony agresji. Przy bliższym kontakcie sprawiał wrażenie człowieka pozbawionego uczuć i wyższych emocji. Wujek dał Jezusa Jego siostrzeniec nie zgadza się z takim opisem. Dla niego lepszego wujka trudno byłoby znaleźć, choć zabijając żonę pozbawił go matki, ale tylko chrzestnej. Na ślubie siostrzeńca nie był, ale prezent później dał. Piękny obraz. Kolega z celi malował ze zdjęcia. Ale świetnie uchwycił romantyczne spojrzenie żony i dumę pana młodego. A innym razem wujek to przyszedł z Jezusem Chrystusem. Odkupiciel w czerwonej szacie, a obok niego czarne owce. Nie modli się do tego obrazu tylko dlatego, że na ramę ciągle nie ma i zwinięty leży. Aż mu się takie malutkie pęknięcia porobiły. 30 listopada 2001 r., po odsiedzeniu 17 lat, Jan K. został warunkowo wypuszczony na wolność. Zamieszkał u siostry w rodzinnej wsi pod Opatowem. Wieś przyjęła go po chrześcijańsku, ale na dystans. Tylko Kazimierz Ziarko ręki mu nie podał, bo go taka złość wzięła, że na ludzi tyle zła sprowadził. Jeszcze większa złość brała Kazimierza Karbowniczaka, brata zabitej, który z rodziną K. miał ziemię po sąsiedzku. Zwłaszcza kiedy się dowiedział, że K. prowokacyjnie przychodził sobie czasem kupić piwo na jego stacji benzynowej. Ale na to, żeby przejść 20 m więcej i córkę Barbarę odwiedzić, to mu odwagi nie starczyło. Do syna też nie pojechał. A łatwo było znaleźć, bo mu mieszkanie widocznie ze śmiercią matki się nie kojarzy i dalej w nim mieszka. Siostra Zofia o wizytach na stacji Karbowniczaka nic nie słyszała. Dziwi się, bo jej brat taki by nie był, żeby tam iść. – On spokojnie żył. Króliki hodował, ale kupować ich nikt nie chciał, to je zabił. Znaczy się pozbył się ich – wspomina. Pięć lat po wyjściu na wolność Jan K. zaczął się skarżyć na bóle głowy. Okazało się, że miał raka wątroby z przerzutami do mózgu. Siostra zawiozła go do hospicjum. Mówiła mu, że to zwykły szpital. Nawet nie wiedział, że umiera. Agonia trwała dwa dni. Znacznie dłużej niż na szubienicy. Zmarł 31 maja 2006 r. Przeżył swoją żonę o 27 lat. Pochowano ich na tym samym cmentarzu, ale sto metrów od siebie. Na pogrzebie była prawie cała wieś. Ksiądz nie wspomniał w kazaniu o tym, że Jan K. już raz właściwie był martwy. Emerytowany major Antoni Dzięcioł zbliża się do dziewięćdziesiątki. Miał już dwie operacje na otwartym sercu i cudem wyrwał się śmierci. Żałuje, że K. też się tak długo udawało. Sędzia Adam Kabziński nie umie odpowiedzieć, czy znów posłałby K. na szubienicę. A siostrzeniec K. to właściwie jest przeciw karze śmierci. Ale takie brutalne zwierzęta jak ci, co zabili Krzysztofa Olewnika, to powinni wisieć. Według Jana Dziewońskiego, byłego naczelnika więzienia przy ulicy Montelupich, który w egzekucjach musiał uczestniczyć z racji zajmowanego stanowiska, wszystko odbywało się niezwykle szybko i sprawnie, i to, co możemy oglądać na filmach, jest dalece wyolbrzymione. Ale Dziewoński jest zdeklarowanym przeciwnikiem kary śmierci i przyznaje, że gdyby nie jej zniesienie, to chyba zrezygnowałby z pracy. * Jeszcze 23 skazanych Dokładna liczba wyroków śmierci wykonanych w PRL do 1969 r. nie jest znana. Niektóre źródła podają, że było ich ponad 3 tys. Do 1950 r. część wyroków, szczególnie na zbrodniarzach wojennych, wykonywano publicznie. W Chełmie Lubelskim wieszano w komórce do parowania ziemniaków dla świń. W 1969 r. wprowadzono nowy kodeks karny. Z badań prof. Andrzeja Rzeplińskiego wynika, że od 1969 do 1998 r. polskie sądy skazały na KS 344 osoby. Na 183 wyrok wykonano. Wśród skazanych nie było ani jednej kobiety. Ostatnim skazanym był Henryk Moruś, który zabił 7 osób. W czasie procesu nie okazał żadnej skruchy. Proces trzeba było przerwać, bo sędzia dostał zawału po tym, jak Moruś się przed nim obnażył. Do dziś w polskich więzieniach przebywa 23 skazanych na karę śmierci, którą zmieniono na 25 lat więzienia albo dożywocie.
Karol Lwanga – patron chrześcijańskiej młodzieży w Afryce, urodził się około 1860 roku w Buddu (Singo). Karol należał do klanu Ngabi. Wychował się w Kalokero i w wieku osiemnastu lat zaczął mieszkać ze swym wujkiem Mawulungulu, przywódcą w Kyato. Mutagwanya, jeden z przyjaciół Lwanga, wstąpił na służbę Mutesa w 1878 roku i powiedział mu o nowej doktrynie nauczanej przez francuskich misjonarzy katolickich. Dwa lata później jego wujek Mawulungulu został wybrany szefem Nakweya i przyszedł podziękować królowi za tę łaskę. Jego młody bratanek towarzyszył mu przy tej okazji. W ten sposób Lwanga dowiedział się o misjonarzach katolickich. Pewnego dnia Karol zdecydowal się towarzyszyć Semugoma, innemu ze swych przyjaciół, w podróży do stolicy, aby spotkać się z misjonarzami. Spędzili z nimi parę dni, uczestniczyli w lekcjach katechizmu i kiedy powrócili do Nakweya, opowiedzieli swym towarzyszom o wszystkim, czego się nauczyli. Karol wstąpił na dwór Mwanga, kiedy miał około dwudziestu lat. Ponieważ odznaczał się wielką pracowitością, powierzano mu coraz to bardziej odpowiedzialne zadania. Po pewnym czasie został przełożonym części królewskiego pałacu przeznaczonej dla różnych grup paziów. Kiedy misjonarze musieli opuścić misję, wspólnota chrześcijan ze stolicy zgrupowała się wokół Andrzeja Kaggwa. Lwanga często przychodził do Rubaga, przynosił dary królowi Mutesa i korzystał z okazji, aby utrzymywać kontakty z chrześcijanami i uzupełniać swoją formację. Przyjął chrzest 16 listopada 1885 roku. Po śmierci Mukasa, Karol stanął na czele chrześcijan. Podtrzymywał i ożywiał wiarę wszystkich paziów w chwilach niebezpieczeństwa, przede wszystkim zaś w drodze krzyżowej do Namugongo. Mwanga polecił go wezwać – pragnął zdobyć jego zaufanie: – Synu mój – powiedział do niego – czy myślisz, że chcę żebyś umarł, tak jak Mukasa Balikuddembe? Nie rozkazałem go zabić, ponieważ modlił się do Boga, ale ponieważ mnie obraził, przeciwstawiając się śmierci Anglików i ponieważ szedł powiedzieć białym o tym, co mówiłem. Nie zabraniam wam modlić się, ale czyńcie to tutaj, a nie chodźcie do domu białych. Karol odpowiedział mu: – Oskarżasz białych o to, że chcą zniszczyć twe królestwo, a nas o to, że chcemy im pomóc. Ale religia, której oni mnie nauczają, każe mi służyć tobie. Aż do tej pory traktowałeś mnie jako jednego z najbardziej oddanych ci sług; nawet teraz jestem gotów, aby – służąc tobie – umrzeć. W noc poprzedzającą przesłuchanie Karol przywołał paziów, którzy byli jeszcze katechumenami i ochrzcił ich. Byli wśród nich Mugagga, Kizito, Gyawisa, Mgaba Tuzinde i Werabe. Następnego dnia zebrał wszystkich paziów chrześcijańskich i powiedział im: – Wielokrotnie słyszeliście od króla, że, chcąc zmusić nas do wyrzeczenia się wiary, odłączy nas od niechrześcijan. Kiedy usłyszycie go powtarzającego te słowa, idźcie za mną – pójdziemy na miejsce, które nam wskaże. Nie wypierajcie się wiary, wyznajcie odważnie Słowo Boga, I chociażby was nie zabrali, nie przestawajcie się modlić. Później wspólnie odmówili modlitwę i każdy odszedł do swoich zajęć. Niedługo potem, Mwanga zwołał wszystkich swych poddanych i zawołał: – Niech wszyscy ci, którzy przyjęli chrześcijaństwo, staną tutaj! Karol Lwanga powstał jako pierwszy i powiedział: – Sebo Kabaka, niemożliwe jest nie wyznać tego, w co z całego serca się wierzy. Kizito złapał go za rękę i wszyscy pozostali do nich dołączyli. Kiedy wydano wyrok śmierci, Karol dał dowód wyjątkowej odwagi i stalości, tak że zadziwił pozostałych paziów, a w sposób szczególny młodego Kizito. Po przybyciu do Namugongo zakuto go w kajdany, ponieważ zwrócił się do Mukajanga, mówiąc: – Przyszedłeś, aby nas zabić. Dlaczego każesz nam czekać? Dionizy Kamyukka zobaczył, że Karol jest zadowolony i, wtrącony do szałasu, modli się. Liczna rzesza ludzi zebrała się wokół męczenników, kiedy ci zbliżyli się do miejsca kaźni. Jedni, widząc ich niezachwianą postawę, byli zdumieni, a inni zgorszeni. Karol powiedział im: – Wy nie wiecie, czym jest religia; jeśli byście to wiedzieli, także i wy chcielibyście umrzeć za nią. Kat Senkole przygotował dla Karola wyrafinowaną torturę. – Poczekaj – powiedział do niego. – Tobą to ja się zajmę. Senkole chciał pomścić upokorzenie, którego wcześniej doznał od Karola. Kiedy jego ludzie kopali jeziora dla króla, tak leniwie pracowali, że Karol zmusił go do zejścia do nich i nakazania im pracy z większym zaangażowaniem. Teraz nadszedł moment do wyrównania rachunków. Karol zrozumiał jego intencje i powiedział do swych towarzyszy: – Przyjaciele, ja zostaję tutaj. Za parę chwil spotkamy się w raju. Do widzenia Kizito. Kizito odpowiedział: – Będziemy silni aż do końca. Senkole najpierw podłożył ogień pod nogi Karola, a następnie powoli go torturował. Do tortur dodał zniewagi: – Módl się teraz do swojego Boga i zobaczymy, czy jest tak potężny, żeby uwolnić cię od cierpień. Karol odpowiedział: – Nie wiesz, co mówisz. Wierzysz, że dręczysz mnie ogniem, podczas gdy to, co robisz, jest obmywaniem moich nóg źródlaną wodą. Pomyśl raczej o sobie: żeby Bóg, którego obrażasz, nie wrzucił cię w ogień piekielny. Po wolnych i strasznych torturach ogień doszedł do serca. Karol powiedział wtedy tylko: – Boże mój, Boże mój – i oddał ducha. Pięć tygodni wcześniej, Karol powiedział o. Lourdel: „Nie mogliśmy obchodzić Wielkanocy, ale na Wniebowstąpienie Pańskie to sobie powetujemy. Nie przegapimy tej daty. Jak pięknie chcemy celebrować Wniebowstąpienie!”. Słowa te urzeczywistniły się 3 czerwca 1886 roku. Był to dzień jego męczeństwa – miał wtedy dwadzieścia pięć lat. W 1934 roku papież Pius XI ogłosił go patronem chrześcijańskiej młodzieży w Afryce. Kizito – patron młodzieży, był najmłodszym spośród wszystkich męczenników. Należał do klanu Siluro i był z plemienia Baganda. Urodził się w Bulumezi. Lukomera, jego ojciec, oddał go niejakiemu Nyika, najważniejszemu członkowi swego klanu. Kizito na pewien czas powrócił do domu, gdzie kontynuował formację. Prawdopodobnie wtedy po raz pierwszy usłyszał o misjonarzach katolickich, ponieważ Nyika i jego syn Paweł Nalubandwa od czasu do czasu odwiedzali o. Lourdela. To właśnie Nyika przedstawił go królowi Mutesa i w ten sposób Kizito stał się jednym z paziów. Misjonarze musieli opuścić dwór królewski i udali się na południe od jeziora, kiedy Kizito przybył, lecz Kaggwa kontynuował nauczanie katechumenów, pomiędzy którymi znajdował się Kizito. Po śmierci Mutesa, Kizito został paziem nowego króla. Mwanga sprowadził z powrotem misjonarzy i ci niezmordowanie kontynuowali posługę apostolską. Widząc trudności, które musieli pokonać nowi chrześcijanie, mówili im o powadze zaangażowania chrześcijańskiego i odpowiedzialności, którą mieli podjąć na chrzcie św. Kizito był czystego serca i umiał je zachować dzięki opiece Andrzeja Kaggwa. Pomimo nieustannego niebezpieczeństwa, które mu zagrażało, ze względu na nieobyczajne propozycje kabaka, pozostał niewzruszony i nie zgodził się na perwersyjne propozycje króla. Kizito, mając świadomość swej trudnej sytuacji, ciągle prosił o. Lourdela o udzielenie mu chrztu: – Ochrzcij mnie! Kabaka nas zabije! – Jeszcze nie poznałeś dobrze religii i jesteś zbyt młody. – Nie jestem zbyt młody, by umrzeć! Król nieustannie nam powtarza: zabiję wszystkich, którzy nie przestaną się modlić tak, jak biali, zabiję nawet dzieci, zabiję wszystkich, jeśli nadal będą się modlili! Chcesz zatem, bym umarł nie będąc dzieckiem Bożym? – Przecież już nim jesteś przez chrzest pragnienia! Czasami Kizito zostawał na całą noc w misji, prosząc o. Lourdela, by podał mu datę chrztu. Przy pewnej okazji, o. Lourdel nie mogąc go przekonać, by sobie poszedł, wziął go na ręce, wystawił za okno i powiedział: – Sprawuj się tak, jak dotąd, módl się, poznawaj religię i za miesiąc zostaniesz ochrzczony. Kizito mu odpowiedział: – Ale król nie pozwoli mi przyjść do misji! – Dam ci pewien środek – odpowiedział misjonarz – który sprawi, że będziesz się wydawał chory; w ten sposób spędzisz parę dni w Rubaga, przygotowując się do tego wielkiego wydarzenia. Kizito przyjął wreszcie chrzest z rąk Karola Lwangi 26 maja 1886 roku. Bał się, że nie okaże się wierny w chwili próby i o swych niepokojach wspomniał Karolowi: – Kiedy przyjdzie chwila, by wyznać naszą wiarę – powiedział – wezmę cię za rękę i nie załamiemy się. Dwóch chłopców chrześcijan, bojąc się prześladowania, uciekło, chcąc schronić się w misji. Kizito zapytał ich: – Myślicie uciekać? Dokąd pójdziecie? Nie spełnić przysięgi to wiarołomstwo! – Pójdziemy z ojcami – powiedział jeden z nich. – Ja natomiast wracam do pałacu – odpowiedział nieustraszony Kizito. Ten młodzieniec pełen zalet i odznaczający się wielką gorliwością apostolską, został skazany na spalenie żywcem. Więzienie w Namugongo dzielił z Achillesem Kiwanuka. Dionizy Kamyuka, który go zobaczył, zapewnia, że „był tak radosny podczas rozmowy jak wcześniej; i w dniach, które poprzedziły jego śmierć, nie widziafio się na jego twarzy żadnych oznak smutku, ale całkowitą radość”. Nyika próbował go ocalić, lecz Mukajanga nie zapomniał, że ten młody chrześcijanin nazwał go któregoś dnia „wielkim demonem” i wytknął mu wszystkie praktyki magiczne. – Nie wahałem się zabić mych przyjaciół, a mam ocalić tego! – powiedział. Zwiążcie Kizito! I zwracając się do młodego męczennika, dodał: – Ty mi powiedziałeś: ogień, którym zapalasz fajkę, spali cię. Nazwałeś mnie wielkim demonem! Teraz to ja cię spalę! Kiedy Kizito zobaczył ogień, wydał radosny okrzyk: – Szybko zobaczymy Boga! Z tą samą radością pozostali męczennicy odpowiedzieli: – Tak; właśnie tutaj zobaczymy Jezusa! – Przyjaciele – dodał Kizito – powinniśmy iść do nieba, modląc się ze złączonymi rękoma, aby Pan dał nam wszystkim łaskę bycia wiernymi. Kizito zawołał Szymona Sebutta, jednego z trzech uwolnionych chrześcijan, i polecił mu w ich imieniu pozdrowić misjonarzy, przede wszystkim zaś o. Lourdela i przekazać mu, że jego radość była bez miary, ponieważ umierał z miłości do Jezusa i Maryl. Z rękoma przywiązanymi do pleców i okręcony słomą, spłonął 3 czerwca 1886 roku. Miał wtedy czternaście albo piętnaście lat. Ambroży Kibuka urodził się w Singo i należał do klanu Scaly Lugave. Był silnym młodzieńcem i został przedstawiony królowi Mwanga w 1883 roku, parę miesięcy po jego wstąpieniu na tron. Został paziem; dzięki odwadze i zręczności w walce szybko zdobył zaufanie kabaka i jego łaski. W pałacu króla przystał do innych przyszłych męczenników: Achillesa Kiwanuka, Ambrożego Kibuka, Mugagga i Gyawisa. Do tej grupy dołączyli później inni młodzi, wśród których znajdowali się: Kizito, Dionizy Ssebuggwawo, Mukasa i Mgaba Tuzinde, a także Karol Lwanga. Ambroży I Achilles Kiwanuka zawsze przebywali razem, ponieważ pochodzili z tego samego klanu i byli mniej więcej w tym samym wieku. Pierwszy z nich miał siedemnaście lat, a drugi – szesnaście. Karol Lwanga mówił im o chrześcijaństwie z taką gorliwością, że obaj młodzieńcy spalili swe amulety. Pewnego dnia, ojciec Kibuku zapytał go, czy posiada amulety, które od niego otrzymał. Kiedy syn powiedział mu, że amulety spalił, ojciec zabronił mu odwiedzać „tych, co jedzą węże” – tak bowiem nazywano chrześcijan. Ambroży został ochrzczony 17 listopada 1885 roku. Spalono go na stosie w Namugongo 3 czerwca 1886 roku – miał wtedy osiemnaście lat. Achilles Kiwanuka – patron urzędników, urodził się w Singo i należał do klanu Scaly Lugave. Jego ojciec nosił imię Kyazze. Achilles pracował na dworze królów Mutesa i Mwanga jako paź. Był krewnym i rówieśnikiem Ambrożego Kibuku. Został ochrzczony 16 listopada 1885 roku. W życiu wykazał się silną i zaangażowaną wiarą. Na dowód tego i na dowód prawdziwego nawrócenia spalił amulety i wyobrażenia bożków otrzymane od swego pogańskiego ojca, od którego zawsze starał trzymać się z daleka, żeby nie naśladować jego praktyk. W drodze do Namugongo, gdy dowiedziano się o męczeństwie Anastazego Bazzekuketta, pozostali męczennicy stwierdzili, że nadszedł decydujący dzień wypełnienia obietnic i wzajemnie dodawali sobie otuchy, mówiąc: „Bądźmy mocni i umrzyjmy dla Boga”. Achilles dał dowód swej gotowości, mówiąc:Mogą mnie zabić; nigdy nie wyrzeknę się wiary. Po przybyciu do Namugongo, zamknięto go z Kizito i czterema protestantami w tej samej celi. Spalono go żywcem 3 czerwca 1886, kiedy miał zaledwie siedemnaście lat. Józef Mukasa Balikuddembe urodził się w regionie Mawokota , graniczącym z Jeziorem Wiktorii w królestwie Bagandy. Jego ojciec Kajwayo był członkiem klanu Kayozi (Olbrzymi szczur). Jego matka była kuzynką Mazinga, jedną z ośmiu żon Kajwayo. Należała do plemienia Nyoro. Mukasa był wychowywany przez Mazinga, ale w wieku sześciu lat został wysłany do posługi u człowieka zwanego Kabadzi. Był zdrowy, inteligentny, wysoki i zręczny. Około 1874 roku, gdy miał czternaście lat, został przedstawiony królowi Mutesie I, a ten uczynił go jednym z swych licznych paziów. W tym czasie dwór królewski był usytuowany w Kasubi, które teraz jest dzielnica stolicy kraju Kapali i mauzoleum królewskich grobowców. Tutaj Mukasa spędził ostatnie jedenaście lata swego krótkiego życia. Mukasa świetnie wypełniał spoczywające na nim obowiązki. Był też popularny wśród innych paziów. Wkrótce został paziem w prywatnych apartamentach króla. Kiedy Misjonarze Afryki- Ojcowie Biali przybyli do Ugandy w 1879r., Mukasa rozpoczął katechumenat. W drodze wyjątku od zasady czteroletniego katechumenatu, został ochrzczony przez o. Simeona Lourdel’a 30 kwietnia 1882, razem z Andrzejem Kaggwa, innym przyszłym męczennikiem. Na chrzcie otrzymał imię Józef. W okresie między listopadem 1882 a lipcem 1885 roku katoliccy misjonarze byli zmuszeni do opuszczenia misji w Ugandzie i tymczasowo przenieśli się na południowe skrzydło Jeziora Wiktorii. W czasie ich nieobecności, Józef Mukasa szybko stał się liderem i nauczycielem dla katolickich paziów króla. Troszczył się o ich zdrowie, duchowość i morale. Stał się także zaufanym, ulubionym i osobistym sługą króla Mutesy, aż do śmierci władcy w 1884r. Kiedy Mwanga został królem, Józef Mukasa ponownie został powołany do królewskiej służby oraz pozostał osobistym sługą królewskim. Został także mianowany na zarządcę dworu królewskiego oraz otrzymał od króla pozwolenie na upominanie go, w przypadku, gdy Mukasa osądziłby, że król nie nieodpowiednio zarządza państwem. W ten sposób uratował od śmierci Sarę Nalwanga, ochrzczoną w kościele anglikańskim, a skazaną na śmierć. Ponadto Mukasa przyczynił się do udaremnienia spisku przeciwko życiu króla Mwanga na początku 1885r.. Jednocześnie, chroniąc paziów przed homoseksualnym praktykami władcy i organizując na dworze nauczanie katechizmu, popadał w niełaskę. W listopadzie 1885r. Mwanga, wykorzystując efekty uboczne pewnych, przepisanych przez o. Lourdela leków, oskarżył katolików o spisek na jego życie. Wezwał do siebie Józefa Mukasą i przeprowadził z nim długą rozmowę. Wylał na niego całą swą niechęć do jego osoby. Następnego ranka Józef asystował w Eucharystii i przyjął Komunię świętą od o. Lourdela. Wezwany ponownie przez króla, został skazany na śmierć. Król nie taił, że skazuje go z powodu wyznawanej przez niego wiary. Józef został zaciągnięty na miejsce między wzgórzami Mengo i Nakasero, niedaleko rzeki Nakivubo. Tam przebaczył królowi i innym swoim wrogom. Został zasztyletowany, a jego ciało spalono na stosie. Józef Mukasa Balikuddembe, został ogłoszony błogosławionym przez papieża Benedykta XV w roku 1920 r. a razem z nim dwudziestu jeden innych męczenników. Zostali oni kanonizowani przez papieża Pawła VI w 1964. Bruno Serunkuma urodził się w Buddu i należał do klanu Ndiga. Spędził swe życie w pałacu króla, ponieważ był synem wielkiego wojownika Namujulirwa, który wyróżnił się w służbie króla Suna i towarzyszył Stanley’owi w jednej z jego ekspedycji. Przed śmiercią króla, Namujulirwa popadł w niełaskę i Mutesa postanowił go zabić. Zanim został przeszyty włóczniami, powiedział do swych katów: „Poczekajcie trochę, pozwólcie mi popatrzeć na kraj, w którym król Suna nadał mi ważny urząd”. Serunkuma odziedziczył po ojcu odwagę. Odznaczał się brutalnym i twardym charakterem. Był strażnikiem w pałacu królewskim, szybko się wybił i zajął się kontaktami z niewolnikami. Jeśli któryś z nich nie wypełniał odpowiedzialnie swych obowiązków, bił go kijem. W pewnym momencie zaczął się poważnie zastanawiać nad obowiązkami, które wiązały się z nawróceniem. Na skutek formacji katechetycznej, którą otrzymał na dworze, zaczął dojrzewać wewnętrznie i zmieniać swe zachowanie. Jednakże pogańskie środowisko, w którym żył wywierało na niego niekorzystny wpływ. Król powierzył mu ważną zbiórkę pieniędzy, ale on okazał się nieuczciwy. Ponadto kupił sobie dwie kobiety z plemienia Basoga, porwane na wojnie i jedną z nich uczynił swą konkubiną. Misjonarz wezwał go i dawał mu do zrozumienia, że jego postępowanie nie jest godne ucznia Chrystusa i że to wszystko może opóźnić jego chrzest. Te słowa przemówiły mu do rozsądku, zaczął okazywać żal i skruchę, i rozpoczął pokutę. Opuścił dom swego brata Aleksandra Kadoko, zaczął mieszkać w pałacu i często odwiedzać Karola Lwangę i katolików należących do jego grupy. Serunkuma, kiedy skończył dwadzieścia pięć lat, zrezygnował z bycia paziem i rozpoczął służbę jako żołnierz. Przy tej okazji przystał do Poncjana Ngondwe, kolejnego z przyszłych męczenników. 16 listopada 1885 roku, dzień po męczeńskiej śmierci Józefa Mukasa, Bruno wyruszył do misji w towarzystwie Karola Lwangi, Jakuba Buzabaliawo, Andrzeja Kiwanuka, Józefa Nsingisira i paru innych, i przyjął chrzest. Była to bardzo skromna ceremonia, krótka i sprawowana w wielkiej dyskrecji, po to, by wiadomość o niej nie dotarła do uszu Mwanga. Bruno mieszkał w pałacu i w dniu, kiedy Mwanga wydał wyrok na chrześcijańskich paziów, nie chciał utracić okazji oddania życia dla Boga i przyłączył się do grupy, na czele której stał Karol Lwanga. Jego liczni przyjaciele czynili wszystko, co tylko było możliwe, aby go ocalić. – Niech wyprze się swej wiary, a wtedy mu przebaczę! – powiedział król. Zaprowadzono go do domu Lutaya, osoby wpływowej na dworze. Ten muzułmanin pojął za żonę siostrę Bruna, lecz ją oddalił, a teraz nienawidził chrześcijan. Polecił brutalnie pobić Bruna, ale ten zachował się godnie, i powiedział: – Zabierzcie nas i zabijcie! Dlaczego każecie nam czekać? Umrzemy za was, a być może wy nie umrzecie, kiedy my już zapłacimy okup śmierci. W drodze na stos, szli blisko plantacji jego brata i Bruno, któremu bardzo chciało się pić, zawołał: – Przynieś mi trochę wina z bananów, ponieważ umieram z pragnienia. Brat przybiegł z napojem i Bruno powiedział: – Bosa, mój bracie, prowadzą nas na śmierć. Pójdziemy do nieba, aby przygotować wam miejsce. Źródło, które obficie zaopatruje w wodę, nie może się wyczerpać; kiedy my zginiemy, przyjdą po nas inni chrześcijanie i to w dużej liczbie. Bosa, głęboko poruszony, dał pić swemu bratu nie wypowiadając ani jednego słowa. Lecz Bruno spojrzał mu w oczy i odrzucając napój powiedział: – Jezus Chrystus nie zaspokoił swego pragnienia na krzyżu, także i ja nie będę pił. Bruno został spalony żywcem w Namugongo 3 czerwca 1886 roku. Z płomieni dochodził jego głos mówiący katom: „Wy zabijacie ciało, ale nie możecie zabić duszy, ponieważ należy do Boga”. Następnie zaczął się modlić wraz z innymi męczennikami; ta ostatnia modlitwa słyszana ze stosu słabła w miarę, jak płomienie paliły ich ciała. Bruno Serunkuma miał około trzydziestu lat. Także brat jego ojca, Aleksander Kadoko, przełożony w Kitebi i we wspólnocie protestanckiej, został zakatowany kijami, zanim spłonął tego samego dnia na stosie. Andrzej Kaggwa – patron muzyków, pochodził z plemienia Bynyoro i należał do klanu Kiwere. Urodził się około 1855 roku; będąc jeszcze dzieckiem, został pojmany i stał się niewolnikiem. Najpierw zaprowadzono go na dwór Mutesa, a później na dwór Mwanga. Toli, jego nauczyciel w posługiwaniu się królewskimi bębnami, pouczył go o zasadach islamu. Kaggwa był przyjemnym młodzieńcem, dobrym i hojnym w stosunku do ubogich – tak jak nakazuje islam. Miał około dwudziestu pięciu lat i był szczupły, raczej słaby; miał lekkiegom zeza. Dzięki przyjemnemu uśmiechowi i wielkiej dobroci pozyskał wielu przyjaciół. Sprawował urząd dyrektora królewskich bębnów. Nie zwlekał z nawróceniem się na religię chrześcijańską razem ze swoim nauczycielem. Jego nauczyciel odwiedzał katolickich misjonarzy i Kaggwa czuł zainteresowanie wyznawaną przez nich religią. Został ochrzczony 30 kwietnia 1882 roku. Parę miesięcy później, aby uniknąć większego zła, misjonarze katoliccy uznali za stosowne opuścić misję. Kaggwa, który cieszył się sympatią wszystkich ze względu na swe ludzkie przymioty, bardzo szybko wyróżnił się jako prawdziwy katechista na dworze królewskim i poza nim. Z pomocą Mateusza Lubowa i Cypriana Kamya gromadził katechistów ze stolicy i ich nauczał. Zdołał nawrócić wielu ze swych przyjaciół, między nimi zaś Mukasę Balikuddembe. Wszyscy cenili sobie jego wielkoduszność. W 1883 roku Łukasz Mukasa, który dwa lata wcześniej był poddany ordaliom, został skuty w kajdany i umieszczony w miejscu pełnym krokodyli, aby przebłagać bożki jeziora. Krokodyle jednak nie pojawiły się i Kaggwa zapłacił trzy woły jako okup za przyjaciela; później zabrał go do swego domu i traktował go jak brata. W tym czasie panowała w Ugandzie epidemia dżumy. Andrzej, nie bojąc się zakażenia, przyjmował chorych do swego domu, opiekował się nimi i nauczał ich religii chrześcijańskiej; przed śmiercią chrzcił katechumenów, a później grzebał ich ciała. Wszystko to ściągnęło na niego gniew katikiro, który oskarżył go o zdradę. katikiro, rozzłoszczony na widok króla otoczonego przez chrześcijan, postanowił z poganami zabić Mwanga i zastąpić go młodszym bratem. Józef Balikuddembe i Andrzej Kaggwa, uprzedzeni o spisku przez matkę króla, ostrzegli króla Mwanga i zapewnili go o swym poparciu. Mwanga polecić wezwać katikiro, a ten, gdy zobaczył, że przegrał, zaczął zapewniać o własnej wierności i zrzucił winę na innych. Przysiągł jednak pomścić się na Andrzeju i wykorzystał nadarzającą się okazję, kiedy pozostali chrześcijanie byli już przygotowani na męczeństwo. Po pogratulowaniu królowi sposobu postępowania z chrześcijanami, powiedział: – Powinieneś, Panie, dokończyć swego dzieła. W przeciwnym razie – cóż za korzyść osiągniesz? Niszczysz członki, a pozwalasz istnieć głowie? – O czym mówisz? – zapytał król. – O Kaggwa, przywódcy paziów; on jest tym, który ciągle, nawet w nocy, naucza o swej religii. Ten pies naucza również moich własnych synów! I ty, o wielki królu, przelewasz krew naszych synów, a oszczędzasz krew cudzoziemskiego podżegacza, który podburza twych wiernych poddanych? Wydaj mi go, a ja się nim zajmę. Mwanga nie wiedział, co odpowiedzieć. Kaggwa był jego zaufanym i serdecznym przyjacielem. Powiedział tylko: – Zrób z nim, co chcesz; postaraj się jednak nie przyprowadzać go do mnie! Andrzej w nocy udał się do misji. Nie chciał umrzeć bez przyjęcia sakramentów. Na Mszy przyją l Komunię św., a następnie ruszył do Munyonyo. Swiadomy istniejącego niebezpieczeństwa, pożegnał się z żoną i córką, i włożył najlepsze ubranie, aby móc stanąć przed Królem królów. Była to szczęśliwa decyzja; nieco później jego dom został splądrowany i pozostało jedynie parę rzeczy porozrzucanych po podłodze. Katikiro ze swej strony zadowolony z otrzymanego od króla pozwolenia, polecił aresztować Andrzeja i kiedy ten stanął przed nim, powiedział: – Czy ty jesteś panem z Kigowa? – Czyżbyś mnie nie znał? Czyż codziennie mnie nie widujesz? – Dlaczego z domu uczyniłeś miejsce modlitwy? – Jeśli modlę się, to moja sprawa. – Czy to ty ośmieliłeś się nauczać religii moich synów? -Tak, to ja. Czyżbym jednak nauczał ich czegoś złego? – Otrzymałeś strzelbę od Józefa Mukasa, aby zabić króla. – Czyżbym rzeczywiście potrzebował tej strzelby, aby zabić króla? Wiele strzelb, które otrzymuję z rąk samego Mwanga, czy nie znaczy tyle samo, co strzelba, którą dał mi Mukasa? Ty sam otrzymałeś wiele strzelb z rąk króla Mutesa. Dał ci je, abyś zabił jego następcę? – Zabierzcie go stąd i natychmiast zabijcie! Niczego nie zjem, aż do chwili, kiedy przyniesiecie mi jego ucięte ramię. Kaci byli niezdecydowani, nie wiedzieli, co robić. Andrzej dodał im odwagi, mówiąc: „Pospieszcie się! Czyńcie to, co wam rozkazano. Wasz pan jest głodny, tak jak sam powiedział, przynieście mu szybko mięso, którego potrzebuje do jedzenia. Zabijcie mnie jak najszybciej!”. Parę minut później przyszedł jeden z katów, przynosząc ucięte ramię Andrzeja. Następnie ścięto mu głowę, na koniec wrzucono jego ciało do ognia. Było to po południu 26 maja 1886 roku. Andrzej miał około trzydziestu lat. Król nieco później żałował, że dał się przekonać przez katikiro. O. Lourdel, który następnego dnia dowiedział się o wszystkim, napisał: „W taki sposób nagradza Mwanga bezinteresowność i najszczerszy zapał, którego jego wierny sługa nie przestawał mu okazywać dniem i nocą począwszy od swego dzieciństwa”. Gonzaga Gonza – Grzegorz był synem księcia z Busoga i należał do klanu Baisengobi Ngabi. W młodości został schwytany w łapance i wychował się w domu Tegusaga, królewskiego kowala, który go oddał na dwór w charakterze pazia. Grzegorz był także paziem syna Mutesa, Mwanga, i był odpowiedzialny za dozór nad więźniami przebywającymi na dworze. Był raczej niewielkiego wzrostu, ale silnej budowy ciała; cechowała go wielka inteligencja i ogromna dobroć. Jego imię było zdrobnieniem imienia ojca, Ngonzabato, które oznacza „kocham ludzi prostych”. W 1881 roku katechumen o imieniu Namulabira został aresztowany; oskarżono go o wspólżycie z jedną z żon króla. Prawdziwym jednak powodem było to, że ochrzcił niektórych katechumenów, którzy znajdowali się w niebezpieczeństwie śmierci z powodu epidemii dżumy dymienicznej. Grzegorz zapewniał im konieczną pomoc i udzielał im sakramentu chrztu, zanim poddano ich próbie ognia. Namulabira pomyślnie przeszedł próbę ognia, która potwierdziła jego niewinność, ale dalej pozostawał w areszcie. Jego strażnik czasami pozwalał mu wychodzić w nocy i iść do misji, pod warunkiem, że czterech spośród jego przyjaciół pozostało jako zakładnicy, aż do czasu jego powrotu. Gonza był zawsze jednym z nich. W tych trudnych chwilach, Gonza przestrzegał misjonarza, mówiąc: -Prawdopodobnie zaaresztują także i nas, ale nie jest to ważne, pójdziemy do nieba. O. Lourdel radził katechumenom odmawiać modlitwę Ojcze nasz, by mieli siłę w momencie próby. Pewnego dnia Gonza zapytał jednego z towarzyszy: – Masimbi, czy kiedykolwiek słyszałeś te słowa: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”? – Widzialem je zapisane po arabsku i znam je na pamięć – odpowiedział Masimbi. Gonza dodał: – Jeśli chcesz się modlić, jutro pójdziemy do domu misjonarzy. Następnego dnia dwóch młodzieńców poszło zobaczyć się z misjonarzami. Gonza został ochrzczony 17 listopada 1885 roku, następnego dnia po śmierci Józefa Mukasa. Skazany na śmierć, wyruszył w drogę do doliny Namugongo, razem z pozostałymi chrześcijanami. W Mengo kaci skuli wszystkich łańcuchami, by nie mogli uciec w nocy. Rankiem następnego dnia rozkuto ich, ale kajdany Grzegorza poraniły jego ciało, tak bardzo, że nie można ich było zdjąć. Biedny chłopiec, z krwawiącymi kostkami, wlókł się z ogromnym trudem. Po przybyciu do Lubawo, kaci postanowili skończyć z Grzegorzem. Było tam skrzyżowanie dróg i kaci mieli zwyczaj zabijania tam któregoś ze skazanych. Gonza upadł na ziemię przebity włóczniami. Kaci podziwiali jego odwagę widząc, że nie lamentuje i nie skarży się. Grzegorz został umęczony 27 maja 1886 roku. Miał dwadzieścia cztery lata. Osiem dni później paru chrześcijan mogło zebrać kosmyki jego włosów. Wszystko inne zostało pożarte przez sępy. Jakub Buzabaliawo urodził się w Nawokota między 1857 a 1860 rokiem. Należał do klanu Ngeye. Był trzecim spośród ośmiorga rodzeństwa i należał do królewskiej rodziny, ponieważ jego starsza siostra byla jedną z żon króla. Jego ojciec, Sebikejje, był odpowiedzialny za utrzymanie źródeł wody i za maszyny w palacu. Buzabaliawo byl niewielkiego wzrostu, lecz był dobrze zbudowany. Odznaczai się dobrym charakterem, był usłużny, wesołiy, łagodny, zawsze pełen dobrego humoru. W pałacu królewskim pracował jako pomocnik Andrzeja Kaggwa. To właśnie Andrzej wprowadzifi do w tajemnice wiary chrześcijańskiej. Buzabaliawo był członkiem orkiestry królewskiej i nauczył się grać na cymbałach w domu Kaggwa. Przyjął chrzest 16 listopada 1885 roku. Był przykiadem gorliwości apostolskiej i nauczyi chrześcijańskich modlitw księcia Mwanga, syna króla Mutesa. Nieco później, kiedy ten, pełen nienawiści, podjął decyzję o zabiciu wszystkich chrześcijan, nie zapomniał o swym dawnym katechiście. Zagroził mu pozbawieniem życia, jeśli nie przestanie nauczać paziów. Groźby te nie przeraziły Jakuba. Mwanga polecił aresztować go w nocy 25 maja w domu Andrzeja Kaggwa. O. Lourdel widział, jak prowadzono go na przesłuchanie. Mwanga zapytał Jakuba: – Czy ty jesteś przywódcą chrześcijan? Buzabaliawo odpowiedział: – To prawda, że jestem chrześcijaninem; jednakże tytuł przywódcy, którym mnie określasz, nie należy do mnie. Kabaka uszczypliwie skomentował to: – Ten młodzieniaszek chce uchodzić za starszego! Widząc go, można by pomyśleć, że to sam Mukwendu. – Dziękuję bardzo za zaszczytną funkcję, którą mnie obdarzasz – powiedział Jakub. Wtedy Mwanga, pełen gniewu, wydał wyrok: – Ten chciał, bym kiedyś stał się chrześcijaninem. Weźcie go i zabijcie szybko! Chcę rozpocząć od niego! – Zegnaj – odpowiedział męczennik – idę do nieba i będę prosić Boga za ciebie. Z powrozem na szyi przeszedł przed misjonarzem, który wzniósł rękę, by udzielić mu po raz ostatni absolucji. Jakub odpowiedział uśmiechem i nieco uniósł swoje ręce. Noc z 26 na 27 maja, w drodze do Namugongo, spędził w Mengo razem z Bruno Serunkuma, nie mając jednak kontaktu z grupą innych chrześcijan skazanych na śmierć, ponieważ podzielono ich na dwie grupy. Kiedy na drugi dzień wszyscy spotkali się w Kiwatule, radość po obu stronach była ogromna. – Nareszcie jesteśmy razem – powiedzieli. – Teraz, zjednoczeni ze sobą, będziemy silniejsi, by przyjąć śmierć dla naszego Pana Jezusa Chrystusa. Po przybyciu do Namugongo, ci którzy przyjęli dużo wcześniej chrzest, między nimi Jakub Buzabaliawo, dodawali pozostaiym odwagi: – Nasi przyjaciele, którzy zostali zabici, już są razem z Panem. Bądźmy dzielni, tak jak oni, i w ten sposób dojdziemy tam, gdzie oni już doszli – do Jezusa Chrystusa! Jakub po raz ostatni zwrócił się do Symeona Sebutta, o którego stałość w wierze bał się najbardziej: – Uwolnią cię, jestem tego pewien, ale nie wypieraj się wiary! My umieramy w prawdzie i z radością. Nie tracimy życia na próżno! Jakub został spalony żywcem w Namugongo 3 czerwca 1886. Miał wtedy około trzydziestu lat. Makasa Kiriwawanwu – patron gospodarzy, urodził się w Kyaggwe i był członkiem klanu Ndiga. Za czasów rządów króla Mutesa był paziem. Był wysoki i dobrze zbudowany, był wesoły i często rozśmieszał króla niespodzianymi zachowaniami. Makasa miał około dwudziestu lat, kiedy umarł Mutesa. Nowy król, który pokochał go i nazywał „uparciuchem”, chciał zatrzymać go na dworze jako pazia. Makasa zawsze był posłuszny Karolowi Lwanga, od którego dowiedział się o doktrynie chrześcijańskiej. Był gorliwym katechumenem, ale nie wiadomo z całą pewnością, czy był ochrzczony, ponieważ kiedy inne osoby przed 3 czerwca przyjmowały chrzest, on przebywał w więzieniu za sprzeczkę z kolegą i towarzyszem męczeństwa Gyawisa. Być może, kiedy był w więzieniu w Namugongo, został ochrzczony przez swych towarzyszy. 26 maja, kiedy konwój z więźniami zaledwie ruszył w drogę, wyprowadzono Makasa z więzienia ze sznurem na szyi i poprowadzono w asyście dwóch katów. Mukajanga, kiedy go zobaczył, zapytał: – Czy ty nie jesteś Makasa? Król rozkazał mi, bym cię dołączył do innych, byś i ty został zabity, ponieważ także jesteś chrześcijaninem. – Dziękuję, dziękuję! – wykrzyknął radośnie Makasa. Gorąco tego pragnąłem. I biegnąc do swych towarzyszy, powiedział mu: -Tylko jednej rzeczy bałem się w więzieniu: że wyruszycie beze mnie. Pozostali, w szczególności zaś Gyawisa, przywitali go serdecznie. Makasa umarł w płomieniach na stosie w Namugongo. Miał wtedy około dwudziestu pięciu lat. Mbaga Tuzinde – patron ludzi niezachwianej wiary, urodził się w Busiro i należał do klanu Ngaga. Był powszechnie znany jako syn Mukajanya, odpowiedzialnego za egzekucje i inne ważne zadania na dworze. Ojciec bardzo go kochał i chronił go w swym domu, ponieważ zawarł z jego dziadkiem, Kikonyogo, pakt krwi. Tuzinde, przydomek Mgaba zawdzięcza pewnemu wydarzeniu. Tuzinde był odpowiedzialny za czuwanie nad tym, by nikt nie jadł mięsa. Gyavira, jeden z przyszłych męczenników, przechodząc obok z grupą przyjaciół, powiedział do niego: – Daj nam trochę mięsa! Tuzinde odparł: – Ate nze mgaba? (Czy ja jestem rzeźnikiem?). Od tego momentu pazie nadali Tuzinde przydomek Mgaba. Byl szczupłej budowy ciała, mial prawy charakter i był bardzo wesoły. Oprócz tego był znakomitym biegaczem. Mwanga wybrał go na pazia i oddal go pod opiekę Karola Lwanga. Tuzinde, przekonany chrześcijanin, został ochrzczony przez Karola Lwangę 26 maja 1886 roku, za co skazano go na spalenie żywcem w Namugongo. Jego rodzina wielokrotnie starała się odwieść go od wyznawania chrześcijaństwa i w ten sposób ocalić mu życie, jednakże bez skutku. Wszyscy męczennicy szli z powrozami na szyi, ale Tuzinde szedł bez niczego. Jego przybrany ojciec parokrotnie nakłaniał go do porzucenia chrześcijaństwa, ale on odmawiał, mówiąc: Król nie uwolnił mnie. Jestem chrześcijaninem! Mukajanga zaprosił Sebatta, aby wpłynął na Tuzinde: – Od kiedy wyznajesz chrześcijaństwo? – zapytał go. Ale Tuzinde odpowiedział: Czyż moim ojcem jest król? Jestem chrześcijaninem! Zostaw mnie w spokoju, nie jestem twoim synem! I żeby już więcej mu nie przeszkadzał, dat mu kopniaka. Sebatta rozłościł się i wziął sznur, aby go związać. Tuzinde nie stawiał oporu i dalej szedł z grupą skazańców. Kiedy był juz przyobleczony w szatę, aby zostać spalonym, Mukajanga uczynił po raz ostatni próbę, aby go ocalić. Rozkazał, by rozwiązano szatę i zaczął błagać: Synu mój, porzuć swą religię; zaprowadzę cię przed króla, wstawię się za tobą i powiem mu: „Porzucił religię”. Król ci przebaczy! Ale Mgaba odpowiedział: Chcę umrzeć dla Boga, nie chcę wyrzec się religii. Mukajanga nalegał, ale wobec odmownej odpowiedzi młodego chrześcijanina, zrozpaczony zawołał: – Idź gdzie chcesz razem ze swym szaleństwem. Jeśli upierasz się, by umrzeć, niech cię zabiorą i zabiją. Jednakże, żałując go, rozkazał katu, by zaraz na początku zabił go uderzeniem w kark, a po śmierci, wrzucił ciało do ognia. Kaci wzięli go osobno, uderzyli maczugą w kark i Mgaba umarł natychmiast. Mukajanga zapłakał, ponieważ zabił „swego” syna, Mgaba Tuzinde. Tuzinde został spalony w Namugongo 3 czerwca 1886 roku. Miał siedemnaście lat. Inny chrześcijanin, protestant Dani Nnakabanda, krewny Tuzinde i szef kuchni królowej matki, zginął tego samego dnia na stosie. Noe Mawaggali – patron garncarzy i rzemieślników, urodził się w dystrykcie Singo, w regionie Mitiyana, na północny wschód od Kampala. Przynależał do klanu Ngati i z zawodu był garncarzem. Był na służbie Mukwenda i wytwarzał wszystkie przedmioty, które były potrzebne. Jego przyjaciel Mulumba opowiedział mu o misjonarzach protestanckich i Mawaggali postanowił pójść do nich. Miał wtedy nieco ponad trzydzieści lat. Jeden z protestanckich misjonarzy docenił jego zaangażowanie: „Przed miesiącem zaczynał od nauki alfabetu, a teraz przeczytał już wszystkie teksty, które mu przygotowałem”. Sam Mulumba, z pomocą Banabakintu, pozyskał go dla wiary katolickiej. Noe był jednym z najlepszych współpracowników Macieja Mulumba. Świadkowie mówili o nim, że cechowała go ogromna dobroć i że zawsze starał się czynić dobro. Cierpiał wiele, razem ze swą rodziną, z powodu fanatycznego pogańskiego środowiska, w którym przyszło im żyć. Maciej, aby wydostać go z tego otoczenia i wykazując wielką chrześcijańską miłość, zaproponował mu zamieszkanie w swym domu, a nawet sam nauczył się zawodu garncarza. Noe przyjął chrzest 1 listopada 1885 roku, stał się członkiem wspólnoty chrześcijan w Mitiyana, w której wyróżnił się jako przykładny katechista nowych chrześcijan. Kiedy wybuchło prześladowanie, powiedział swej siostrze Munaku, jeszcze katechumence: – Król i wielcy poganie nienawidzą nas; chcą nas wszystkich pozabijać. Jeśli o mnie chodzi, to zrozumiałem, że istnieje inne życie i nie boją się o utratę życia doczesnego. Ty, kiedy już nas zabiją, nigdy nie przestawaj być chrześcijanką, ani nie przestawaj kochać chrześcijan, którzy tutaj zostaną umęczeni. Strażnicy przybyli do jego domu, i pojmali jego żonę i niektóre z dzieci. Noe był wtedy w domu Łukasza Banabakintu i został ostrzeżony o grożącym mu niebezpieczeństwie. Obecnym tam chrześcijanom poradził, by uciekali, ale on nie chciał tego uczynić. Kiedy nadeszli żołnierze powiedzieli do niego: – Szukamy chrześcijan! – Jestem tutaj – odpowiedział Noe. – Ty jesteś Mawaggali? – Tak, to ja! Jeden z żołnierzy rzucił włócznią i ranił Noego, który upadł na ziemię; pozostali chrześcijanie uciekali. Noe nie umarł. Przywiązano go do drzewa i na nowo przeszyto go włócznią, chcąc, by zaczął krwawić i by psy mogły go rozszarpać. Jego straszliwa agonia trwała aż do nocy. Kiedy umarł 31 maja 1886 roku, miał trzydzieści pięć lat. Jego siostra Munaku, jeszcze katechumenka, wezwała, by naśladować przykład jej brata. Stawiła się przed zbirami, którzy jej powiedzieli: – Przyszliśmy tu, aby zabić mężczyzn, a nie kobiety. Munaku, parę lat później, została katechistką o. Lourdela i wiele wycierpiała z powodu wrogości niechrześcijan. Denis (Dionizy) Ssebuggwawo – patron nuczycieli urodził się w Bulemezi i należał do klanu Musu. Był średniego wzrostu, raczej szczupłej budowy ciała. Wyróżniał się dzięki swej serdeczności, roztropności, ale także i nieśmiałości. 24 kwietnia 1882 roku sam katikiro, razem z jego bratem bliźniakiem, przedstawił go królowi Mutesa. Co ciekawe, a Lourdel tego dnia uczestniczył w królewskiej audiencji. Dionizy, jako paź, miał od samego początku funkcję nadzorcy osobistych apartamentów króla. W chwili śmierci Mutesa, Dionizy miał piętnaście albo szesnaście lat i kiedy książę Mwanga wstąpił na tron, dalej pełnił służbę na dworze. Był żarliwym katechumenem, gorliwie przychodził do misji i z wielkim entuzjazmem uczył się religii. Przyjął chrzest 17 listopada 1885 roku. Jego zapał w głoszeniu Słowa Bożego sprawił, że katechizował samego syna katikiro, niejakiego Mwafu. Kiedy pewnego razu król powrócił z polowania i nie zastał żadnego z paziów w pałacu, zapłonął gniewem. Paziowie skorzystali z nieobecności króla, aby zebrać się na modlitwie i uczyć się katechizmu. Kiedy przybył Mwafu, król go zapytał: – Gdzie byłeś? – Byłem z Ssebuggwawo. – Co robiłeś? – Uczyłem się religii. – Czy twój ojciec oddał mi cię na służbę, abyś przyjmował religię białych? Mwanga, wściekły, brutalnie uderzył Mwafu, powlókł go po ziemi i chciał go zabić własnymi rękoma, ale się powstrzymał, ponieważ ich rodzice (minister i Mutesa) zawarli pakt krwi. Polecił szukać Dionizego i kiedy ten przyszedł, powiedział: – Czy był z tobą Mwafu? – Tak. – Co robiliście obaj? – Uczyłem go religii. – Co? Ty uczysz religii syna mojego ministra? Nie wiedziałeś, że zabroniłem nauczania religii? Mwanga stracił kontrolę nad sobą. Rozkazał, aby mu przyniesiono włócznię jego ojca i śmiertelnie ugodził Dionizego w szyję. Później wydał go katom, by go dobili. Ciało Dionizego złożono w jednym z szałasów; nikt nie ośmielił się go pochować, bojąc się gniewu króla. Sześć dni później sępy krążyły nad miejscem, gdzie były zwłoki. Dionizy był drugim z kolei, który zdobył wieniec męczeństwa. Miał szesnaście lat, kiedy 25 maja 1886 roku, król zadał mu śmiertelny cios. Atanazy (Anastazy) Bazzekuketta – patron kupców i biznesmenów należał do klanu Nkima i był synem Kafero Kabalu, ważnego urzędnika na dworze królewskim, który w 1866 przyjął islam, a później towarzyszył Speke’owi i Stanley’owi w ich podróży do Buganda. Namuddu, jedna z sióstr Bazzekuketty, wyszła za mąż za bogatego człowieka o imieniu Sembuzi. W 1881 roku, w czasie odwiedzin u siostry, Bazzekuketta zachorował na ospę. Jego przyjaciel Sembuga, który był katechumenem, widząc, że Anastazy jest ciężko chory, zacząl mu mówić o Bogu i o Chrystusie, a później go zapytał: – Ponieważ niedługo umrzesz: czy chcesz bym udzielił ci chrztu? – Tak – odpowiedział chory, i Sembuga uczynił mu wielki znak krzyża, aby potwierdzić to przyrzeczenie. Bazzekuketta wyzdrowiał, pozostał jednak wierny swemu słowu. Po wyzdrowieniu przedstawiono go Mutesa, który przyjął go jako pazia i dał mu odpowiedzialny urząd na dworze. Bazzekuketta mial być strażnikiem królewskiego skarbu i odpowiedzialnym za dekoracje pałacu. Ponieważ był z natury spokojny i powściągliwy, dobrze wywiązywał się ze swych funkcji. Uczęszczał regularnie na lekcje katechizmu i utrzymywał ciągły kontakt z Mukasą i Lwangiem. 16 listopada 1885 przyjął chrzest, na którym otrzymał imię Anastary. Został skazany na spalenie żywcem w Namugongo Droga była długa i po trzech godzinach uciążliwego marszu, przybyli do Mengo. Anastazy, który miał wtedy dwadzieścia lat, pozostał w tyle, odmawiając dalszego marszu. – Oskarżacie nas o to, że się modlimy – powiedział do katów – i przybyliście, aby nas zabić. Dlaczego każecie nam czekać? Nie chcę spacerować ze śmiercią, zabijcie mnie tutaj! Odpowiedziano mu uderzeniami kijów, ale on nalegał: – Chcecie być nowocześni mając kije. Jesteśmy mięsem króla, zabierzcie nas stąd i zabijcie jak najszybciej. Jeden z katów uderzył go i zaprowadził do Mukajanga. – Zabijcie go szybko – powiedział Mukajanga; nie przemawiają do niego żadne argumenty i król może sobie o nim przypomnieć i zechcieć mu przebaczyć. Blisko było rytualne miejsce zabijania, to samo na którym został spalony Józef Balikuddembe. Tam ścięto Anastazemu głowę, a następnie obcięto poszczególne członki. Jego ciało złożono w ofierze duchom, pragnąc wyprosić szczęście, potrzebne w przyszłości dla Namugongo. Bazzekuketta umarł 26 maja 1886 roku. Anatol Kiriggwajjo – patron krawców był członkiem plemienia Bunioro. Został pojmany i zaprowadzony na królewski dwór jako więzień; został paziem króla Mutesa, a później jego syna Mwanga. Anatol należał do klanu Basita (Kiwere). Był raczej niski; odznaczał się delikatnością, nieśmiałością i serdecznością. Był szczerym przyjacielem Karola Lwangi, którego polecenia zawsze wiernie wypełniał. W taki sposób nauczył się doktryny chrześcijańskiej. Został ochrzczony 17 listopada 1885 roku, dwa dni po śmierci Mukasa. Kiriggwajjo był zawsze przykładnym chrześcijaninem i po odejściu misjonarzy pełnił funkcję katechisty. Mwanga zaoferował mu odpowiedzialne stanowisko, ale Anatol odmówił, ponieważ zrozumiał, że dworskie urzędy są niebezpieczne dla zbawienia. Król potraktował odmowę jako osobistą obrazę i powiedział: „Ci chrześcijanie odrzucają nawet godności, które chcę im dać”. Anatol został skazany 26 maja 1886 roku. W Namugongo dzielił celę więzienną z Jakubem Buzabaliawo, niedaleko od szałasu, który zajmowali Gyawisa i Mugagga. Spalono go żywcem 3 czerwca – miał wtedy dwadzieścia lat. Adolf Mukasa Ludigo – patron rolników pochodził z plemienia Mutoro, był członkiem klanu Balaya. Chociaż należał do rodziny książąt Bunyoro, został zabrany na dwór kabaka jako zakładnik, albo więzień wojenny, kiedy był jeszcze dzieckiem. Był paziem w czasie rządów Mutesa i Mwanga. Ten młody człowiek (mial dwadzieścia dwa albo dwadzieścia cztery lata), wysoki, słaby, ale dobry, zawsze się wyróżniał swoją pokorą i prostotą serca. Został ochrzczony 17 listopada 1885 roku, dwa dni po śmierci Józefa Mukasa. Od tego czasu do jego zadań należało przygotowywanie pożywienia dla katechumenów z Kaggwa. Miał około dwudziestu pięciu lat, kiedy 3 czerwca 1886 roku został spalony żywcem na stosie w Namugongo. Jan Maria Muzeyi należał do klanu Nbogo i był ostatnim spośród męczenników z Ugandy. Nazywał się Musoke i pochodził z Ninziro. Jego ojciec, Bunyaga, był jednym z ludzi interesu króla Mutesa i często podróżował na południe od jeziora, aby sprzedawać kość słoniową i inne towary króla. Z tego powodu mały Musoke żył w domu swego dziadka. Później król mianował jego ojca przełożonym Kakuto i tam osiedli. Gdy Musoke ukończył trzynaście łat, jego ojciec przyprowadził go do króla, a ten oddał go pod kierownictwo niejakiego Ttamiro, urzędnika królewskiego, Młody Musoke przyjął islam i otrzymał imię Yamari. Kiedy wybuchła epidemia dżumy w 1881 roku, Yamari schronił się w Mutundwe, gdzie poznał paru chrześcijan. Poczuł się zaintrygowany ich formą życia i nauczył się modlić. Po powrocie do pałacu, Józef Balikuddembe sprawił, że Muzeyi został przyjęty do paziów Mutesa. Król chciał go uwieść, ale Muzeyi tak energicznie odrzucił jego propozycję, że król relegował go do kategorii zwyldego pazia. Chociaż miał około dwudziestu pięciu lat, ze względu na jego powagę i roztropność, nadano mu imię Muzeyi, co – w swahili- oznacza „stary albo szanowany”. Muzeyi zawsze odznaczał się trafnością sądów i serdecznością. Posiadał wyjątkową inteligencję i pamięć, i dlatego był znakomitym nauczycielem religii i pomógł Józefowi Mukasa w formacji katechumenów, którzy mieszkali na dworze. Jego chrześcijańskie świadectwo było zawsze szczególne. Oddawał swe dobra, by wspomóc ubogich i troszczył się o chorych, pouczał ich i udzielał chrztu. Po śmierci króla opuścił dwór, ale aż do końca życia głosił wiarę chrześcijańską. Przyjął chrzest 1 listopada 1885 roku. Kiedy wybuchło prześladowanie, Myzeyi ukrył się w domu Józefa Mukasa Balikuddembe, oddalonym od miasta. Król jednak nie zapomniał o nim. Rozkazał go odnaleźć, ale poszukiwania nie przyniosły żadnego skutku. Chciał skusić go fałszywymi obietnicami: „Ci, którzy służyli memu ojcu, służyli mu dobrze; ci, którzy jeszcze żyją, niech przyjdą na dwór, szczodrze ich wynagrodzę”. Jan Maria nie dał się oszukać pięknymi słówkami króla. Zdecydował się jednakże stawić przed nim. Udał się do misji, wyspowiadał się u o. Lourdela i po przyjęciu Komunii św., poszedł do pałacu. Król mu powiedział:„Przyprowadź tu swych towarzyszy i dam wam wszystkim wysokie urzędy”. Nie ulegało już żadnej wątpliwości, że król pragnie zabić wszystkich chrześcijan. Jan Maria ostrzegł ich, by mogli się schować. Na nowo powrócił na dwór, którego już nie opuścił. Mwanga, żeby się go pozbyć, rozkazał ściąć go 27 stycznia 1887 roku w Mengo. Następnie Muzeyi został wrzucony w bagno. Miał trzydzieści trzy lata. Łukasz Banabakintu – patron rybaków i żeglarzy, sługa Mukwenda, szefa dystryktu Singo, urodził się w Gomba i należał do klanu Siluro. Był synem Makwanga, który wykazywał się tak wielką mądrością i tak dużym doświadczeniem, że wiele osób przychodziłio do niego, prosząc o radę. Miał około szesnastu lat, kiedy udał się do Mitiyana wraz ze swoim bratem Makwanga. Banabakintu postanowił pozostać w Mitiyana i wstąpił na służbę Mukwenda, który mianował do szefem w Kiwanga. Był odpowiedzialny za przyjmowanie gości i spełnianie, jeśli byłio to możliwe, ich próśb. Tam poznał Mulumba i zostali wielkimi przyjaciółmi. Obaj towarzyszyli Mukwenda, kiedy wyjeżdzał do stolicy i przy jednej z takich okazji Łukasz poznał protestanckich misjonarzy. Banabakintu miał około trzydziestu lat. Zachęcony przez Mulumba, zaczął uczęszczać na lekcje dawane przez misjonarzy katolickich i na słuchanie Słowa Bożego. Nawrócił się na wiarę katolicką i przyjął chrzest 28 maja 1882 roku. Nieco później wziął na siebie zadanie nauczania katechumenów w Mitiyana. Łukasz był szefem wioski i znawcą sztuki rybołówstwa i budowy statków, dlatego też został odpowiedzialnym za flotę króla. Jako przywódca wspólnoty chrześcijańskiej w Mitiyana i osoba odpowiedzialna i wpływowa, Banabakintu bardzo szybko ściągnął na siebie gniew króla. Był przekonany, że wyrok już zapadł i chciał pożegnać się ze swymi rodzicami. Ci, zdziwieni, powiedzieli: – Mówisz, że przychodzisz pożegnać się; czyżby cię mianowano przełożonym w jakimś odległym miejscu? – Idę, aby przygotować wam miejsce w niebie – odpowiedział. Pozostawił ich płaczących i poszedł pożegnać się ze swym rodzenstwem. Ci usiłowali odwieść go od decyzji, ale on pozostawał głuchy na ich prośby. – Śmierć dla mojej religii – powiedział im – liczy się najbardziej i jest tym, czego chcę. Swemu bratu Kiggwe podarował chusteczkę i radosny pożegnał się z pozostałymi osobami, które płakały. Nastepnie udał się do Singo i powiadomił swego przyjaciela Noego o tym, co może się wydarzyć. Później poszedł do domu Cyprina Kamya i rozmawiał z nim o męczeństwie. 26 maja Łukasz przybył do stolicy. Aresztowany razem z Maciejem Mulumba, został zaprowadzony do Mengo, gdzie spotkał Andrzeja Kiwanuka. Kiedy jeden ze strażników poszedł szukać Andrzeja, Łukasz powiedział do towarzyszy: – Przyjaciele, nadeszła chwila rozstania. Maciej i Łukasz odpowiedzieli: – Odwagi, umrzemy za naszego Pana! Dwaj przyjaciele zostali doprowadzeni przed katikiro i skazani na spalenie żywcem. Przed śmiercią Maciej spojrzał na Łukasza i powiedział do niego: – Do zobaczenia, spotkamy się i zobaczymy w niebie! – Tak – odpowiedział Łukasz. Szybko będziemy razem i już na zawsze! Łukasz szedł swą drogą, aż spotkał się z pozostałymi męczennikami, którym opowiedział o śmierci Macieja. Został spalony żywcem 3 czerwca 1886 roku. Miał około trzydziestu pięciu lat. Matthias Mulumba – Maciej Kalemba-Mulumba, patron urzędników, należał do plemienia Musoga i do klanu Baisemagumba. Wante, jak go nazywano, urodził się pomiędzy 1835 a 1840 rokiem. Kiedy miał około dwunastu lat, plemię Baganda zaatakowało i zniszczyło jego wioskę, a jego, wraz z matką, wzięto do niewoli. Później niejaki Mugatto kupił go jako niewolnika, ale – zauroczony jego uprzejmością – usynowił go oraz zmienił mu imię na Kalemba. Mugatto był człowiekiem wielkiej uczciwości i zwykł powtarzać: „Poszukuję prawdy w swym sercu”. Przed swą śmiercią przywołał Kalemba i przepowiedział mu, że pewnego dnia przyjdą cudzoziemcy, by nauczać drogi dobra i prawdy. Na Macieju – jak sam później zapewniał – słowa te wywarły niezatarte wrażenie. W 1866 roku Kalemba zaraził się ospą. Wielu ludzi padło ofiarą tej choroby. Przyszły męczennik uratował się, ale do końca życia zachował ślady po chorobie. Za czasów króla Suna, w stronach Kalemba. osiedlili się Arabowie wyznający islam – Maciej nawiązał z nimi kontakt, a następnie przyjął islam, ponieważ te wierzenia wydawały mu się lepsze niż przesądy. Najprawdopodobniej to właśnie wtedy wstąpił na służbę do Muktivenda, naczelnika prowincji Singo. W Mitiyana, gdzie rezydował, poznał Noego Mwaggali, garncarza Mukwenda. Szybko zostali przyjaciółmi i Kalemba przyczynił się do tego, że Mwaggali również przyjął islam. Muzułmanie cieszyli się wtedy uprzywilejowaną pozycją. Sam Mutesa i wiele setek członków plemienia Baganda zostało muzułmanami. Jednakże pod koniec 1874 roku, albo na początku 1875, król zezłościł się, ponieważ wielu młodych ludzi, służących na jego dworze, nie chciało jeść podanego mięsa, gdy zwierzę nie zostało zabite według rytuału muzułmańskiego. Mutesa dał im odczuć swój gniew i rozkazał zabić wszystkich, którzy byli obrzezani. Kalemba powie później: „Udało mi się zataić moje nawrócenie i nadal uchodziłem za przyjaciela naszych bożków, ale w ukryciu zawsze pozostawałem wierny praktykom islamu”. Młody Kalemba ciągle poszukiwał Boga w swym sercu. Był inteligentny i odznaczał się rozsądkiem. Był ponadto niezwykle energiczny, czasami okazywał swą dumę, a nawet dawał odczuć siłę. Mukwenda bardzo cenił sobie Kalembę ze względu na jego odwagę; mianował go jednym z przełożonych, nadał mu imię Mulumba (Śmiały) i polecił mu rozstrzygać wszystkie procesy, które miały miejsce w tej prowincji. Właśnie wtedy sławny podróżnik Stanley przybył do królestwa Buganda i zdobył zaufanie Mutesa i jego dworu. W lipcu 1877 roku przybyli pierwsi misjonarze protestanccy. Mulumba i inni członkowie z plemienia Baganda zaczęli słuchać Pisma św. i komentarzy misjonarzy. Kiedy przybyli misjonarze katoliccy, Mackay, jeden z protestantów, ostrzegł go i poradził mu unikanie wszelkich kontaktów z nimi, ponieważ nie znają prawdy i czczą Maryję. Dlatego też, kiedy Mukwenda polecił mu nadzorowanie budowy jednego z domów misjonarzy, trzymał się na dystans, ale zachowanie misjonarzy intrygowało go i postanowił uczestniczyć w ich lekcjach. Dołączył do niego jego przyjaciel Banabakintu, a nieco później Mawaggali. Mulumba, od momentu nawrócenia, usiłował ze wszystkich sił zapanować nad swą dumą i opanować impulsywny temperament. Był poligamistą, ale, zanim przyjął chrzest, oddalił – poza jedną -wszystkie żony, dając w ten sposób dowód swej głębokiej wiary. Ojciec Livinhac przed udzieleniem mu chrztu powiedział: – Jeśli myślisz powrócić do protestantyzmu, to będzie lepiej, żebyś nie przyjmował chrztu. – Nie bój się, ojcze, już od dwóch lat jestem zdecydowany i nikt nie będzie mógł odwieść mnie od podjętej decyzji. Jestem katolikiem i umrę jako katolik. Przyjął chrzest 28 maja 1882 roku, w dzień Zesłania Ducha św., razem z Łukaszem Banabakintu, Janem Chrzcicielem Tagwista i Cyprianem Kamya. Maciej bardzo szybko stał się gorącym propagatorem wiary katolickiej, w szczególności w Mitiyana, gdzie był naczelnikiem wielu wiosek. Co tydzień posyłał jednego ze swych ludzi do misji, aby ten wysłuchał poleceń ojców, a następnie powtórzył je wszystkim pozostałym. Maciej był szanowany ze względu na swą uczciwość. Ludzie dziwili się, ponieważ w czasie wypraw wojennych nigdy nie brat łupów. Pewnego dnia wyznał Leonowi Kyakwogera: – Gdybym nie obawiał się rozgniewać mego pana (Mukwenda), nigdy nie wziąłbym udziału w żadnej wyprawie wojennej. Kiedy wyruszał w podróż, sam zajmował się bagażem. Jeden z jego przyjaciół wyrzucał mu, że przecież nie jest niewolnikiem i nie musi się zachowywać w ten sposób. Maciej śmiejąc się odpowiedział: – Tak, jestem niewolnikiem Jezusa Chrystusa! Kiedy w listopadzie 1882 roku misjonarze zostali zmuszeni do opuszczenia misji z powodu trudności i niebezpieczeństwa, które im zagrażało, Maciej nie pozwolił im odejść bez pożegnania. W czasie nieobecności misjonarzy, Maciej i Łukasz Banabakintu zajęli się edukacją katechumenów w Mitiyana i w okolicach. Oni dwaj również zostali wezwani do dania świadectwa wierze. Na początku maja 1886 roku Maciej Mulumba i Łukasz Banabakintu udali się do Rubaga, aby przyjąć sakramenty. Pierwszy z nich cieszył się na myśl, że męczeństwo jest nieuchronne: – Przyjdą niebawem, aby nas pojmać i zabiją nas z powodu naszej religii. Co za szczęście umrzeć dla Chrystusa! Aresztowano go rankiem 26 maja. W tym momencie wysłał jednego ze sług, aby ostrzegł chrześcijan z Singo i aby umożliwił ucieczkę jego żonie i dzieciom. Swoje ostatnie chwile spędził razem z Łukaszem Banabakintu. Przez całą noc nic nie wzięli do ust. Jednakże rano 27 maja dano im nieco puree z bananów. Następnego dnia zaprowadzono ich od Mengo i zamknięto w szałasie, w którym przetrzymywano Andrzeja Kiwanuka. Kiedy doprowadzono Macieja do katikira ten zapytał: – Ty jesteś Mulumba? – Tak, to ja. – I będąc wielkim człowiekiem – co cię skłoniło do przyjęcia chrześcijaństwa? – Moja religia jest moją sprawą! – Rozstałeś się ze wszystkimi żonami i sam sobie przygotowujesz jedzenie? – Oskarżasz mnie o to, że jestem szczupły, czy o to, że wyznaję chrześcijaństwo? – Zabierzcie go i zabijcie! – rozkazał katikiro. Niech cierpi! Obetnijcie mu stopy i nogi, rozerwijcie mu plecy i smażcie kawałki jego ciała na jego oczach! Zobaczymy, czy Bóg przyjdzie i wybawi go! Mulumba odpowiedział: – On mnie wyzwoli, ale ty tego nie będziesz mógł oglądać; On zabierze to, co czyni człowieka (duszę) i pozostawi resztę (ciało). Kaci zabrali Macieja i Łukasza i ruszyli z nimi w drogę, aby przyłączyć ich do innych skazanych. Po przybyciu do Kampala, Maciej odmówił dalszej drogi i powiedział: – Jestem człowiekiem Mukwenda. Król mnie nie zna. W jaki sposób przypomni sobie o mnie, żeby mi przebaczyć? Zabijcie mnie tutaj! Następnie powiedział do Łukasza: – Do zobaczenia, spotkamy się w niebie! – Tak – odpowiedział Łukasz. Szybko będziemy razem w niebie. Ponieważ katikiro rozkazał, aby zbyt szybko nie zabito Macieja, ale by kazano mu przed śmiercią długo cierpieć, najpierw obcięto mu dłonie w nadgarstkach, później łokcie, następnie stopy i kolana. Na koniec obcięto mu kawałki ciała i pozostawiono go leżącego na ziemi. Maciej ani razu nie poskarżył się. Jedynie słabo oddychał: – Boże mój, Boże mój! Aby zatrzymać upływ krwi, i w ten sposób przedłużyć agonię, przewiązano bandażami jego żyły. Okaleczono go w południe 27 maja, ale 29 maja po południu był jeszcze żywy. Niewolnicy, którzy cięli trzcinę, usłyszeli głos błagający: – Wody, wody! Ale na widok tego okaleczonego ciała, uciekli przestraszeni. Przypuszcza się, że Maciej umarł w niedzielę 30 maja. Miał około pięćdziesięciu łat i był najstarszym spośród wszystkich męczenników. Mugagga urodził się w Mawotoka i należał do klanu Ngo. Jego ojciec pracował przy ścince drzew. Mugagga nauczył się ojcowskiego zawodu i pomagał tym, którzy wykonywali to zajęcie. Jego niewielka sylwetka nie wskazywała na jego wiek – piętnaście czy szesnaście lat. Mugagga był jednak niezwykle uczynny i posłuszny. Radość była kolejna cechą jego charakteru. Był paziem na służbie króla Mwanga i osobistym posłańcem kabaka. Z tego powodu mieszkał razem z niewielkim Kizito, za salą audiencyjną. Karol Lwanga pouczył go o prawdach wiary chrześcijańskiej i ochrzcił 26 maja 1886 roku. Mugagga parokrotnie nie zgadzał się na nieprzyzwoite propozycje króla – taka postawa ściągnęła na niego nienawiść kabaka. Nienawiść ta doszła do szczytu w dniu wyroku, kiedy katikiro nakłaniał Mugagga, by wyparł się wiary w Chrystusa – bez żadnego jednak skutku: -Ty nie jesteś chrześcijaninem! -powiedział mu. Kiedy się modliłeś? – Modliłem się zawsze w nocy – odpowiedział Mugagga. Karol nauczał mnie chrześcijaństwa. Mam pozostać tutaj, kiedy on idzie na śmierć dla swego Boga ! 3 czerwca 1886 roku Mugagga dołączył do innych męczenników prowadzonych do Namugongo. Gdy przybyli do doliny – opowiada Dionizy Kamyuk, jeden z ułaskawionych chrześcijan – zamknięto Mugagga, Gyawisa i jego w tym samym miejscu i zawieszono im na szyjach powrozy. Nieco później dołączył do nich Łukasz Banabakintu. Inny ułaskawiony, Karol Werabe, opowiada, że Mugagga, przytłoczony drewnem ułożonym nad nim na stosie, poprosił o wino z bananów. Rozwiązano go i dano mu wino. Pożegnał się z Dionizym Kamyuka tymi słowami: – Dionizy, mój przyjacielu, do zobaczenia! Idę do Boga! Płomienie zakończyły jego życie – miał siedemnaście lat. Poncjan Ngondwe urodził się w Bulimo między 1847 a 1850 rokiem; należał do klanu Nyonyi. Gdy miał trzynaście lat, zaprowadzono go do królewskiego pałacu, gdzie został paziem Mutesa; pozostał na dworze aż do swej śmierci, służąc później Mwanga jako żołnierz. Ngondwe miał trudny charakter, choleryczny, mściwy i wyróżniał się jako członek królewskiej gwardii. Jednakże jego przyjaciele: Jakub Buzabaliawo, Bruno Serunkuma i Anastazy Bazzakuletta byli chrześcijanami i za ich pośrednictwem wszedł w kontakt z chrześcijaństwem; był stopniowo wprowadzany w prawdy wiary przez Andrzeja Kaggwa. Od tej chwili zaczął pracować nad sobą, zwalczać nienawiść i mściwość, i przygotowywał się do przyjęcia chrztu, co nastąpiło 18 listopada 1885 roku. Swe trudne obowiązki rekwirowania bydła dla króla spełniał kierując się sprawiedliwością i bezstronnością. Przy pewnej okazji został wtrącony do więzienia, ponieważ zabrał, zgodnie z otrzymanymi wcześniej rozkazami, parę zwierząt należących do Mukajanga, królewskiego kata. 26 maja Mukajanga miał wykonać rozkazy króla. Wydobył z więzienia Poncjana i powiedział do niego: – Kabnka polecił mi zabić wszystkich chrześcijan. Czy ty jesteś chrześcijaninem? – Rzeczywiście, jestem chrześcijaninem – odpowiedział Poncjan. Kat rozkazał związać go i zaprowadzić do patio, gdzie zebrano pozostałych skazanych. Zgodnie z wyrokiem Poncjan miał umrzeć w Namugongo, oddalonym o 28 kilometrów od Munyonyo; istniał jednak zwyczaj, by w czasie drogi zabijać niektórych skazanych. Konwój znajdował się jeszcze w Munyonyo, na placu królewskim i Poncjan odmówił marszu, mówiąc: – Powiedziałem wam, że jestem chrześcijaninem, zabijcie mnie tutaj!… Czyż śmierć nie jest taka sama tutaj i tam, gdzie macie mnie zaprowadzić? Mukajanga zbliżył się: – Czy ty należysz do tych, którzy się modlą? – Tak, ja się modlę! – Wyznajesz chrześcijaństwo? – Tak, wyznaję chrześcijaństwo! Mukajanga, nie mówiąc już nic więcej, przeszyl Poncjan włócznią i dobił go drugim uderzeniem. Czyniąc to, kat krzyknął: – Dziś moja włócznia wchodzi bez żadnego oporu. Męczennik, nie wydając żadnych jęków, osunął się na ziemię. Mukajanga następnie rozkazał, by ścięto mu głowę i wyrzucono ją w zarośla. Ciało Poncjana porzucono po drodze. Umarł 26 maja 1886 roku – miał wtedy trzydzieści osiem lat. Gyavira (Gyawisa) – patron posłańców i listonoszy był członkiem klanu Mamba, należał do wpływowej i bogatej rodziny. Jego ojciec był strażnikiem świątyni bożka Mayanja w Segguku i- jak się opowiada – miał około pięćdziesiąt żon. Gyawisa zostal przedstawiony królowi Mwanga, kiedy miał zaledwie szesnaście lat i mianowano go doradcą dworu. Został ochrzczony przez Karola Lwangę 26 maja 1886 roku. Przy pewnej okazji pokłócił się z Mukasa Kiriwawanvu – ten go uderzył kijem i Gyawisa zaczął krwawić. Król, który czuł słabość do Gyawisa, zganił Mukasa i rozkazał, by zamknięto go w więzieniu. Parę dni później Mwanga wybuchnął gniewem przeciw Gyawisie, ponieważ nie chciał zgodzić się na jego lubieżne propozycje. Kiedy Mukasa wyszedł z więzienia i zobaczył grupę więźniów, idących na męczeństwo, Gyawisa podbiegł ku niemu i powiedział: – Mój przyjacielu, cieszę się, że widzę cię na nowo i jestem blisko ciebie w chwili mojej śmierci. – Także i ja cieszę się, że mogę umrzeć z tobą – odpowiedział Mukasa; obaj, pojednani, uścisnęli się i razem poszli do Namugongo. Dlatego też przedstawia się ich razem. Niejaki Gabunka wstawił się za nim przed królem, lecz król nie chciał przebaczyć, pamiętając, że chłopiec odrzucił jego niemoralną propozycję. Został spalony żywcem 3 czerwca 1886 roku; miał siedemnaście lat.
Na 8 kwietnia Sąd Najwyższy w Lahaurze – stolicy pakistańskiej prowincji Pendżab – wyznaczył rozprawę odwoławczą chrześcijańskiego małżeństwa, skazanego w 2014 na karę śmierci za tzw. bluźnierstwo. Ich katolicki obrońca Khalil Tahir Sandhu w rozmowie z watykańską agencją prasową Fides wyraził „ufność” co do pomyślnego wyniku orzeczenia sądowego, gdyż – jak dodał – „nie ma żadnych przekonujących dowodów ich winy, a cała sprawa jest wyraźnie spreparowana”. Szafqata Emmanuela i Szaguftę Kausar z miasteczka Gjra w Pendżabie skazano w 2014 na śmierć za rzekome wysyłanie SMS-ów, zawierających bluźnierstwa wobec islamu i proroka Mahometa. Tymczasem, według adwokata, owe SMS-y były napisane po angielsku, podczas gdy oboje małżonkowie, mający czworo dzieci, nie potrafią pisać w urzędowym języku Pakistanu – urdu, a tym bardziej po angielsku. „Ich proces przed sądem pierwszej instancji odbywał się pod naciskiem islamistów” – zaznaczył prawnik. Dodał, że odwołanie do sądu apelacyjnego w Lahaurze rozpatrywano sześć lat a „ta powolność wymiaru sprawiedliwości, która, według niektórych, jest szczególnie podkreślana wobec ofiar chrześcijańskich, sama przez się jest czymś negatywnym, wzmagającym cierpienia obojga niewinnych”. Obecnie w Pakistanie jest 25 chrześcijan oskarżonych o bluźnierstwo, w tym 6 skazanych na śmierć. Zdaniem Sandhu, który w swej karierze zawodowej wielokrotnie bronił wyznawców Chrystusa, oskarżanych niesłusznie o to przestępstwo, wszystkie ofiary „są bezpieczniejsze w więzieniu niż na wolności”. Poza murami zakładów karnych są bowiem narażone na akty zemsty ze strony radykałów islamskich, usiłujących zabijać tych, którzy – według nich – dopuścili się znieważenia islamu, zanim jeszcze rozprawa sądowa ewentualnie uzna tych podejrzanych za winnych. Oczekująca obecnie na rozprawę odwoławczą Szagufta Kausar znała dobrze Asię Bibi – pakistańską chrześcijankę skazaną w 2009 za bluźnierstwo i uniewinnioną w 2018, która w ostatnim okresie uwięzienia była jej koleżanką w celi. Obecnie oboje małżonkowie liczą na wsparcie ze strony krajowej i międzynarodowej opinii publicznej oraz samej Asii Bibi, która teraz jest wolna i przebywa dziś we Francji, gdzie chciałaby uzyskać azyl. Tworzymy dla Ciebie Tu możesz nas wesprzeć.
Carlos DeLuna – zabity, bo pomylono go z kimś innym Oskarżony o zabicie 24-letniego pracownika stacji benzynowej został skazany na karę śmierci w 1983 roku. Wyrok wykonano w 1989, w Huntsville (Teksas). Już wtedy nie brakowało wątpliwości co do słuszności wyroku. W 2006 Chicago Tribune opisało sprawę wyrażając pogląd, że DeLuna mógł zostać niesłusznie skazany, a późniejszy raport Columbia Human Rights Law Review przedstawił szereg dowodów na to, że mężczyzna został pomylony z innym – Carlosem Hernandezem, mieszkającym niedaleko. Tamten miał już za sobą historię ataków kobiet z użyciem noża i innych ostrych narzędzi, oraz liczne sprawy o nielegalne posiadanie broni. Derek Bentley – upośledzony 19-latek z Bristolu Został powieszony za współudział w zabójstwie policjanta podczas napadu rabunkowego. Tym, kto naprawdę zabił był 16-letni Christopher Craig – to z jego broni padł strzał. Jednak Bentley został uznany za współwinnego, jako osoba zachęcająca do popełnienia zbrodni. Mężczyzna jednak od dziecka wykazywał symptomy niepełnosprawności umysłowej. Miewał ataki padaczkowe, pomiar jego IQ wykazał 77 w 1952 roku, gdy trafił do bristolskiego więzienia – a wcześniej, mając 15 i pół roku wyznaczono mu iloraz inteligencji na poziomie 66. Był praktycznie analfabetą. Mimo tego, że mężczyzna nie strzelał oraz był ewidentnie upośledzony umysłowo – wyrok wykonano. Nagrobek Bentley’a – fot. Steve Brown / Flickr Huugjilt – zginął zamiast mordercy W 1996 roku pochodzący z Mongolii Wewnętrznej w Chinach 18-latek odnalazł w publicznej toalecie ciało brutalnie zgwałconej i zabitej nazwiskiem Yang. Huugjilt (nie posiadał nazwiska), który zawiadomił władze, został oskarżony o gwałt i uduszenie kobiety. Po 61 dniach w więzieniu został postawiony przed plutonem egzekucyjnym. Po latach do zbrodni przyznał się Zhao Zhihong. Mężczyzna stanął przed sądem w 2006 roku. Na przestrzeni lat 1996-2005 miał zabić 10 osób i dopuścić się 13 gwałtów. Jego proces odroczono do 2014, rok później został skazany na karę śmierci. Cameron Todd Willingham – skazany za podpalenie, które miało być zwykłym pożarem Po tym jak w 1991 roku w miasteczku Corsicana w Teksasie pożar strawił dom Willinghamów ojciec rodziny został oskarżony o podpalenie i doprowadzenie do śmierci swojej żony i trójki dzieci. Motywem miała być chęć pozbycia się niechcianego potomstwa. Prokuratura uznała mężczyznę za socjopatę, dodatkowo sytuacji nie poprawiały poświadczone przypadku bicia żony. Willingham został skazany na śmierć przez wstrzyknięcie trucizny. Do końca walczył o uniewinnienie. W 2004 roku wyrok wykonano. Przez kolejne lata mnożyły się wątpliwości dotyczące analizy dowodów przeciwko mężczyźnie, dziennikarze różnych mediów zebrali dane obnażające niedbałość śledztwa i niemożliwość ustalenia, że ogień został celowo podłożony. Cameron Todd Willingham – fot. Wikipedia George Stinney – 14-latek na krześle elektrycznym Ciemnoskóry chłopiec zostaje w 1944 r. skazany za morderstwo dwóch białych dziewczynek na śmierć na krześle elektrycznym. Skład sądy był w całości biały, proces trwał jeden dzień, rozprawa około 10 minut. Podobno zaraz po aresztowaniu miał się przyznać do zarzutów, ale świadectwo nie zostało nagrane, nie było żadnego zeznania później, które mogłoby potwierdzić tę relację. Stinney został pozbawiony prawa do apelacji, egzekucję wykonano. W 2013 roku grupa ekspertów, prawników i aktywistów reprezentujących rodzinę chłopca zbadała sprawę ponownie. Rok później, 70 lat po egzekucji, uznano go za niewinnego. Stwierdzono, że nie miał szans na odpowiednią obronę, co było pogwałceniem szóstej poprawki amerykańskiej konstytucji. Dodatkowo odnaleziono serię dowodów potwierdzających jego alibi oraz fakt, że jego zeznanie o odpowiedzialności za śmierć dziewczynek zostało wymuszone siłą. George Stinney – fot. Wikipedia Sacco i Vanzetti – anarchiści zrehabilitowani Ferdinando Sacco i Bartolomeo Vanzetti byli robotnikami włoskiego pochodzenia. Uczestniczyli w demonstracjach domagających się polepszenia warunków pracy, podwyżek i ludzkiego traktowania pracowników, byli związani z ruchem anarchistycznym. W 1920 roku zostali zatrzymani przez policję pod zarzutem działalności godzącej w dobro publiczne. Oskarżono ich także o udział w napadzie rabunkowym, kradzież wypłat przeznaczonych dla robotników i dwa zabójstwa. Dowody w ich sprawie były bardzo łatwe do podważenia, obaj mieli mocne alibi. Mieli pecha, obronę zbudowali na opinii człowieka, któremu udowodniono brak wiedzy i fałszowanie dowodów. Skazano ich na krzesło elektryczne, wyrok wykonano w 1921 roku. Protesty w sprawie Sacco i Vanzettiego – fot. Wikipedia Sprawa stała się jednak głośna, o rehabilitację Włochów apelowali znani intelektualiści epoki, między innymi Bertrand Russell, George Bernard Shaw i Wells. Do sprawy powrócono w 1977 roku, gubernator Massachusetts zrehabilitował obu mężczyzn. Sacco i Vanzetti – fot. Wikipedia Leo Frank – niesłusznie zlinczowany Leo Frank, młody nadzorca w fabryce, zostaje oskarżony o zabójstwo 13-letniej dziewczyny. Podejrzanych jest trzech: Frank, nocny strażnik Newt Lee oraz dozorca Jim Conely. Sąd opierając się głównie na zeznaniach tego ostatniego, który przedstawiał się jako współsprawca, ze szczegółami opisywał uduszenie przez Franka młodej Mary Phagan. Obrona wskazywała, że to Conely był winny, a pochodzący z żydowskiej rodziny Frank jest ofiarą antysemickiej nagonki. Sąd zdecydował o karze śmierci dla Franka, którą zamieniono na dożywotnie więzienie. Gazeta The Atlanta Georgian ogłaszająca aresztowanie Leo Franka – fot. Wikipedia Sprawa odbiła się szerokim echem w lokalnych mediach, opinia publiczna wrzała, rozbudziły się niestety także nastroje antysemickie. W 1915 roku Frank został porwany z więzienia i zlinczowany w miasteczku Marietta, z którego pochodziła dziewczyna. Gubernator stanowy chciał ukarać sprawców, jednak ostatecznie nikt nie został o nic oskarżony. W 1986 roku Frank został pośmiertnie ułaskawiony, ale nie definitywnie uniewinniony. Dziś większość badających tę sprawę uważa, że sam był ofiarą, a mordercą miał być Conely. Lincz Leo Franka – fot. Flickr Timothy Brian Cole – zmarł w więzieniu 24 marca 1985 roku studentka Michele Mallin została zaciągnięta przez mężczyznę do samochodu i zgwałcona. W tamtym czasie zdarzały się przypadki podobnych przestępstw w okolicach szkoły Texas Tech, gdzie studiowała. Podczas policyjnego okazania zdjęć osób podejrzanych wybrała wizerunek Timothyego Braina Cole, studenta i byłego żołnierza Army. Swój wybór potwierdziła później podczas oglądania podejrzanego. Cole został skazany na 25 lat, po 14 zmarł w więzieniu na atak astmy. Rodzina mężczyzny, do której potem dołączy ofiara, domagali się jego rehabilitacji. W 2007 roku do gwałtu przyznał się Jerry Wayne Johnson, a Mallin potwierdziła swoją pomyłkę przy wcześniejszym wskazaniu sprawcy. Wersję obojga potwierdziło badanie DNA. Cole został pośmiertnie uniewinniony. Ed Johnson – zlinczowany przed wykonaniem kary Ciemnoskóry mężczyzna został w 1906 roku oskarżony o gwałt. Sąd skazał go na śmierć, jednak lokalna społeczność obawiała się opóźniania wyroku i postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce. Grupa ludzi z miasteczka Chattanooga w Tennessee wyciągnęła go z aresztu i go zlinczowała. Następnego dnia na pogrzebie obence było 2 tysiące osób. Johnson miał w więzieniu doznać objawienia i wybaczyć skazującym. Na nagrobku wyryto mu jego ostatnie słowa “Niech was Bóg błogosławi. Jestem niewinnym człowiekiem”. W 2000 roku sędzia karny hrabstwa Hamilton Doug Meyer wydał wyrok uznający proces Johnsona za niesprawiedliwy i wadliwy: mężczyznę sądził w całości biały skład sędziowski, mimo apeli nie przeniesiono rozprawy do innego miasta, co podgrzewało atmosferę. Nagrobek Eda Johnsona – fot. Wikipedia Nie Shubin – rozstrzelany za morderstwo, którego nie popełnił 19-latek z Chin został w 1995 oskarżony o gwałt i morderstwo 30-latki. Sąd skazał go na karę śmierci, wyrok wykonano. Dziesięć lat później pojawił się dowód na to, że był niewinny. Do morderstwa i gwałtu przyznał się Wang Shujin, który został zatrzymany przez policję. Shujinowi przypisywano 3-4 morderstw na przestrzeni lat 1994-5. W 2007 roku skazano go na śmierć. Sprawa odbiła się szeroko na wizerunku chińskich sądów.
misjonarze skazani na śmierć